Budyń kontra bigos: Internet obnaża absurdy ciszy wyborczej. To szkodliwa fikcja!

Głupie prawo ma to do siebie, że jest powszechnie lekceważone. Nie inaczej było i tym razem – cisza wyborcza w Internecie okazał się fikcją. Jak ją obchodzono?

Powaga głosowania – ktoś w to jeszcze wierzy?

Teoretycznie cisza wyborcza ma pewien sens. I nie chodzi tu o jakąś iluzoryczną powagę głosowania, bo tę z godności skutecznie obdzierają sami, zazwyczaj plotący bzdury, kandydaci. Chodzi raczej o danie wyborcy szansy, by w spokoju, bez nękania różnymi marketingowymi technikami, zastanowił się nad wyborem, podjął decyzję i oddał głos.

Niestety, choć sama idea wydaje się niegłupia, to w praktycznym wydaniu stała się karykaturą samej siebie. O ile w przypadku starych, jednokierunkowych mediów mogła mieć pewien sens, to współcześnie jest jedynie martwym prawem. Ciekawy komentarz na jej temat znalazłem w jednym z serwisów, poświęconych lokalnej polityce:

Cisza wyborcza trwa, natomiast uśmiechnięte twarze tych, którzy sfinansowali sobie billboardy z pieniędzy podatników, walą po oczach. Jeśli ktoś podejdzie do takiego billboardu chcąc go zerwać, naruszy ciszę wyborczą, (…). Państwowa Komisja Wyborcza tłumaczy, że plakat powieszony przed ogłoszeniem ciszy, tej ciszy nie narusza. Narusza ją natomiast samochód obwieszony plakatami, który porusza się po mieście. Gdyby ów samochód stał w miejscu, ciszy by nie naruszał, ale jeśli jeździ — narusza, nawet jeśli obwieszony został przed ogłoszeniem ciszy. Czytaj więcej

Zdjęcie wyborów pochodzi z serwisu Shutterstock. Autor: Maciej Oleksy

Budyń kontra bigos

Absurd? Oczywiście, że absurd. Do tego – w przypadku Internetu – absurd jeszcze większy. Gdy odtworzę sobie klip wyborczy z YouTube’a, to YouTube, udostępniając mi go, naruszył ciszę? Albo – o zgrozo – umieszczając klip na liście sugerowanych filmów? Szczytem absurdu, o którym przed rokiem pisał Adam, była również deklaracja PKW, według której lajkowanie na Facebooku także jest naruszeniem ciszy.

Co więcej, zgodnie z wieloletnią tradycją ludzie znajdą niezliczone sposoby, by ciszę wyborczą naruszyć w taki sposób, aby orły i sokoły z PKW nie miały się do czego przyczepić. W tym roku powodzeniem cieszyły się ceny bigosu i budyniu. Kto zgadnie, która potrawa reprezentowała którego kandydata?

Kuriozalna sytuacja wystąpiła w przypadku wyników wyborów z komisji w Chicago. Polacy głosowali tam wiele godzin wcześniej, niż w kraju. Komisja podliczyła głosy i zgodnie z przepisami po przeliczeniu musiała opublikować wyniki. Protokół umieszczono więc na stronie w domenie MSZ.gov.pl, ale — jak tłumaczył rzecznik MSZ Marcin Wojciechowski:

Zobacz również: Lodówka z Androidem

Chodzi wyłącznie o informacje na temat głosowania w komisji i one są wyłącznie dla wiedzy tych, którzy głosowali.

Czyli publicznie dostępną stronę z wynikami mogli legalnie odwiedzić tylko głosujący z Chicago. Absurd to chyba w tym przypadku zbyt delikatne słowo.

Wyniki z Chicago opublikowano w czasie ciszy wyborczej

Politycy, wstydźcie się!

Nieżyciowy przepis, którego nikt nie przestrzega jest kpiną z państwa prawa. Cisza wyborcza jest szkodliwym anachronizmem, ale równie szkodliwy jest jakiś rodzaj widocznej w niektórych komentarzach, idiotycznej dumy, że oto sprytni Polacy znaleźli sposób na obejście prawa. Prawdziwie świadomi oszukali system, zniszczyli Bablion, pokazali, jacy są fajni i zaradni? No właśnie nie.

Dura lex, sed lex – twarde prawo, ale prawo – mawiali starożytni Rzymianie. W przypadku zapisów o ciszy wyborczej bardziej pasują słowa durNa lex, sed lex. Problem polega na tym, że nawet głupiego, naszym zdaniem, prawa należy przestrzegać. Jeśli się nie podoba, trzeba zrobić wszystko, aby je zmienić, ale przestrzegać trzeba tak długo, jak długo obowiązuje.

Dlatego cisza wyborcza w obecnym wydaniu jest szkodliwym przeżytkiem. To obraza praworządności: istniejące zakazy są dzięki zrozumiałym dla wszystkich aluzjom powszechnie łamane i nie spotyka się to z żadną sankcją. Co więcej, z upodobaniem robią to niezliczeni wybrańcy narodu, którzy z racji sprawowanych funkcji mają zazwyczaj szybszy dostęp do wyników różnych badań.

Zwykłych ludzi, wymieniających Twitterze i Facebooku najświeższe wieści „z bazarku” jestem w stanie zrozumieć. Trudno mi jednak, stosując jedynie cenzuralne słowa, wyrazić moją niechęć dla polityków wszystkich ugrupowań, brylujących w serwisach społecznościowych w roli źródeł najświeższych przecieków z wynikami. W żywe oczy kpią z prawa, które sami przed laty ustanowili i utrzymują w mocy. Tak przywykliśmy do powszechnych w polityce cynizmu i obłudy, że nikomu to już nie przeszkadza?

Cisza wyborcza? Skończmy z tym!

Z drugiej strony sama idea ciszy wyborczej zupełnie nie przystaje do naszej rzeczywistości, gdzie źródłem informacji nie są spóźnione o dzień gazety czy śmiertelnie nudne stacje telewizyjne, ale przede wszystkim Internet. Komentatorzy, którzy nagle — dzisiaj — zaczynają mówić o jego roli ewidentnie przespali ostatnią dekadę.

O ile jestem gotów poprzeć zakaz agitacji np. w okolicach komisji wyborczych, to nie widzę powodu, by kandydaci nie zabiegali o nasze głosy również w dniu wyborów, a media i zwykli ludzie (coraz częściej ta granica się zaciera) nie mogli na bieżąco komentować tego, co dla nich w danej chwili ważne.

Efekt jest taki, że przy okazji każdych wyborów powtarza się ten sam schemat: oficjalnie wszyscy udają, że stosują się do zakazu, a nieoficjalnie powszechnie go lekceważą. Dzień wyborów w Internecie dobitnie pokazuje, że anachroniczne przepisy potrzebne są jedynie politologom, zapraszanym przez media po to, by z mądrą miną tłumaczyli społeczeństwu jak ważna jest cisza wyborcza.

Tylko społeczeństwo ma na ten temat — jak widać przy okazji kolejnych wyborów — odmienne zdanie, a ciszę omijają zarówno zwykli wyborcy, jak i politycy. Najwyższy czas skończyć z tym absurdem. Kto z polityków będzie miał wystarczająco wiele odwagi?

Podziel się:

Przeczytaj także:

Także w kategorii Technologie:

Sprzedawca w sklepie komputerowym - zawód ograniczonego zaufania 8 cudów techniki z lat 90. Napęd ZIP, robot AIBO i pager BlackBerry. Pamiętasz je? Xanadu - zapomniany przodek WWW. Kto naprawdę wymyślił hipertekst? Bezpowrotnie tracimy dane. Nic po nas nie zostanie – ostrzega wiceprezes Google’a V3 - mordercza stonoga Hitlera. Największe działo drugiej wojny testowano w Międzyzdrojach „Das Marsprojekt”. Marsjańska misja Wernhera von Brauna z 1952 roku Jak prasa pisała o Internecie w 1988 roku? Quiz Gadżetomanii: Kto to powiedział? Dopasuj cytaty do znanych postaci! Ernő Rubik, człowiek schowany za kostką Binairy Talk – dane zapisane w obłokach dymu. Odczytamy je laserem Nietypowe zastosowania WD-40. Do czego można go wykorzystać? Bałakława - tajna baza radzieckich okrętów podwodnych Niesamowity XC-120 Packplane: eksperymentalny samolot z lat 50. Tajny projekt NASA: dlaczego rozsypano w Kosmosie miliony miedzianych igieł? Technologiczne mity. Sony timer, czyli planowe starzenie produktów Najdziwniejsze maszyny II wojny światowej [cz. 2]. USA i Wielka Brytania To lata! Najdziwniejsze samoloty pionierów lotnictwa Najlepsze śmigłowce szturmowe dla polskiej armii Oglądasz filmy w sieci? Sprawdź, co ci grozi LG Music Flow: niedrogi, bezprzewodowy system audio. Daję mu szansę Co zostało po internetowych kafejkach? Zniszczone szyldy i pustostany Google chce stworzyć zabawki, które będą rozmawiały z dziećmi. Boicie się permanentnej inwigilacji? Za późno Hej, ludzie! Pies pokaże wam na czym polega prawdziwa fotografia! Razer Firefly: świecąca podkładka pod myszkę, która kosztuje… 75 euro