Pokolenie bez własności. Chciwe korporacje zabrały nam wszystko, a my się z tego cieszymy

Coraz częściej zamiast posiadać coś na własność, płacimy za prawo do korzystania. To wygodne, ale oznacza całkowitą zależność od dostawców różnych usług. Ale czy jest w tym coś złego?

Zdjęcie dolara na haczyku pochodzi z serwisu Shutterstock

Zdjęcie dolara na haczyku pochodzi z serwisu Shutterstock

  1. Dlaczego rezygnujemy z własności?
  2. Jakie korzyści daje nam abonament?
  3. Co sprawia, że oddajemy kontrolę nad naszym życiem?
  4. Jakie są zalety minimalizmu?

Pokolenie bez własności

Jesteśmy chyba pierwszym pokoleniem, które na własne życzenie rezygnuje z własności. To dziwne, zważywszy na fakt, że do niedawna podobne hasła kojarzyły się albo z jakąś utopijną wizją komunizmu, albo z ideologicznym zaangażowaniem, gdzie pozbycie się dóbr doczesnych było politycznym manifestem lub deklaracją religijną.

Tym razem robimy to chyba przede wszystkim z wygody.

W artykule „Mentalny skansen, czyli dlaczego leśne dziadki nie lubią Ubera?” krytykowałem ludzi, którzy nie potrafią zrozumieć, że usługi takie jak Uber, BlaBlaCar czy Airbnb są trendem, który – obojętnie, co o nim sądzimy – raczej będzie przybierał na sile. Mam jednak wrażenie, że w innych kwestiach sam jestem takim leśnym dziadkiem, a jedną z nich jest właśnie własność i związane z nią prawo do dysponowania różnymi rzeczami.

Zdjęcie pustego pokoju pochodzi z serwisu Shutterstock

Prawo do korzystania

Nie będzie niczego odkrywczego w stwierdzeniu, że coraz częściej zmieniamy posiadanie czegoś na prawo do korzystania. Z punktu widzenia ekonomii bardzo często ma to sens: jeśli nie jeździmy często i daleko, zamiast kupować samochód lepiej korzystać z taksówek czy Ubera, albo wynająć samochód z opłatą naliczaną od przejechanego kilometra. Zamiast kupować mieszkanie – wynajmijmy je, co bardzo często jest lepszym pomysłem od kredytu na połowę życia.

Ta sama zasada obowiązuje w świecie technologii i rozrywki. Po co nam stojąca na półce, dawno ukończona gra do której nigdy nie wrócimy? Przeczytane książki albo obejrzane filmy? Zapłacenie za czasowy dostęp do tych dóbr nie dość, że zazwyczaj jest tańsze od kupna, to nie zagraci nam mieszkania. Trudno odmówić logiki takiemu rozumowaniu.

Bezgraniczne zaufanie?

Jest jednak i druga strona medalu – zależność od dostawcy usług, oparta na zaufaniu, że on nie zniknie i zawsze będzie działać w zgodzie z prawem. Wspominałem o tym problemie w artykule „Cyfrowi preppersi. Czy mamy szansę przetrwać koniec Internetu?”, ale sądząc po zmieniających się ofertach różnych firm, przedkładamy jednak realną wygodę od zabezpieczania się przed hipotetycznym scenariuszem. Wierzymy, że usługodawcy jak Valve czy Google nagle nie wyparują bez śladu. Fakt – to mało prawdopodobne.

Zdjęcie uszkodzonego przewodu sieciowego pochodzi z serwisu Shutterstock

Dobrze wiedzą o tym takie firmy, jak choćby Autodesk, która po kilkudziesięciu latach działalności ogłosiła, że kończy z tradycyjną sprzedażą oprogramowania, przerzucając się na udostępnianie go w formie opłacanej abonamentem usługi. Radykalnym przykładem takiego podejścia może być choćby słynna przed laty instalacja artystyczna w postaci krzesła z DRM, na którym można usiąść tylko kilka razy.

Inni również zmierzają w tym kierunku – wystarczy spojrzeć choćby na oferowany przez Microsoft pakiet biurowy Office 365, ofertę Adobe czy propozycje serwisów z muzyką albo książkami online.

Dobrym przykładem może być tu propozycja serwisu Legimi, który oferuje abonament na dostęp do swoich zasobów, a za podpisanie dwuletniego cyrografu dorzuca czytnik ebooków za złotówkę. To – wbrew temu, co w momencie wprowadzania usługi na rynek głosili różni komentatorzy – żadna rewolucja. Raczej zwykły przykład pokazujący nam, jak mało istotny staje się sprzęt.

W tym wypadku, choć czytnik można używać do własnych celów, w praktyce jest to po prostu terminal do obsługi usługi, do której mamy tylko czasowy dostęp. No i wabik na klientów, bo tej roli również nie można pominąć. Wedle tej samej idei — choć w nieco inny sposób — działa choćby Amazon z ekosystemem Kindle'a.

Zdjęcie bałaganu pochodzi z serwisu Shutterstock

Czas minimalistów

Ale czy jest w tym coś złego? Zawsze imponowali mi minimaliści, którzy – jak choćby Orest Tabaka – potrafili ograniczyć swój stan posiadania do stu przedmiotów. Pozbycie się przedmiotów, które nie są nam niezbędne jest niesamowicie oczyszczające, zarówno w dosłownym, jak i bardziej metaforycznym sensie.

Dosłownie, bo im mniej rzeczy wokół nas, tym trudniej zrobić z ich pomocą bałagan. A nawet gdy go zrobimy, to ogarnięcie nieporządku zajmie nam najwyżej kilka minut. Nie ma przedmiotów – nie ma bałaganu. To przyjemne i wygodne.

Metaforycznie, bo mało przedmiotów to zarazem mało na głowie. Nie będę bawił się w domorosłego psychologa, ale lubię ten stan, gdy zdarza mi się nocować w niezbyt wyszukanym hotelu, gdzie poza kilkoma niezbędnymi meblami jest tylko moja walizka ze zmianą ubrań, a na biurku laptop i telefon.

Zdjęcie niezbędnych przedmiotów pochodzi z serwisu Shutterstock

Świat bez własności?

Usługi, uwalniające nad od ciężaru posiadanych przedmiotów wydają się doskonale odpowiadać na takie potrzeby. Sprzyja im fakt, że coraz więcej ważnych dla nas „rzeczy” ma wyłącznie cyfrową postać. Niemal wszystko, co związane z rozrywką, z wiedzą, różne dokumenty czy fotograficzny zapis wspomnień już od dawna może istnieć jedynie w formie zer i jedynek, zapisanych gdzieś na serwerze.

To wygodne, praktyczne, a w wielu przypadkach również tańsze od kupowania wszystkiego na własność i trzymania gdzieś blisko siebie. Z drugiej strony ceną tej wygody jest całkowita zależność od dostawców usług, która zapewne z czasem będzie się tylko powiększać. A my — niczym ćmy krążące wokół świecy — z radością powierzymy im kontrolę nad coraz większym obszarem naszego życia z naiwną wiarą, że ta zależność nie zostanie wykorzystana.

Podziel się:

Przeczytaj także:

Także w kategorii Opinie:

Pole walki: cyberprzestrzeń. Kiedy haker staje się żołnierzem? Trójkąt Bermudzki. Wielka tajemnica czy wielka bzdura?

Popularne w tym tygodniu:

Pole walki: cyberprzestrzeń. Kiedy haker staje się żołnierzem? Allegro jak chciwy kardiochirurg: chwyta za serce by wycisnąć portfel Kablu, wróć! Czy wszystko musi być bezprzewodowe?