Flappy Smoleńsk. Skuteczna prowokacja czy żenujący dowcip?

Internet nie ma litości i nie boi się w kontrowersyjny sposób mówić o sprawach budzących emocje. Smoleńsk w przeróbce Flappy Bird? Anders Breivik jako bohater Dead Island? To już nas nie szokuje. A może powinno?

Oryginalnego Flappy Bird już nie ma, jest za to mnóstwo przeróbek. Mniej lub bardziej oryginalnych. Ich autorzy, wykorzystując stare zasady, dokładają nowe tło i nowych bohaterów.

Mogliśmy się spodziewać, że ktoś w końcu przekroczy granicę. No i jest – przeróbka, w której lata się samolotem, omijając drzewa. Niewinne nawiązanie? W żadnym wypadku, o czym świadczy tytuł: Flappy Smoleńsk.

Mocne, prawda? Flappy Bird to gra, w której często trzeba było zaczynać od nowa, bo nasz bohater lądował na ziemi albo uderzał w przeszkody. O skojarzenie z katastrofą więc nietrudno.

Tę gierkę można traktować w kategoriach żartu. Do tego typu humoru powinniśmy być przyzwyczajeni, bo czarny humor to cecha charakterystyczna Internetu. I o kontrowersyjne przeróbki nietrudno.

Pamiętacie masakrę na norweskiej wyspie Utøya, której sprawcą był Breivik? Internauci szybko zareagowali, nie przejmując się ogromną liczbą ofiar:
Gracze chcą, by gry poruszały niewygodne, kontrowersyjne tematy. Dziś często bywa z tym problem, bo twórcy boją się oskarżeń o propagowanie przemocy. Scena gwałtu lub tortur w filmie nikomu nie przeszkadza. W grze – już bardzo.

Z drugiej strony istnieje ryzyko, że tego typu przeróbki lub proste gierki raczej zaszkodzą w odcinaniu się od łatki, że gry to poważna rozrywka dla świadomych odbiorców. Raczej zostaną zaliczone do typowych internetowych żartów. A taki dowcip dla wielu jest przekroczeniem granic.

Czy Flappy Smoleńsk jakoś wpisuje się w dyskusję o smoleńskiej katastrofie? Czy dorzuca nowe pytania, wątpliwości? Ktoś może powiedzieć, że za wiele wymagam, ale jeżeli chcemy uznać to za prowokacje, to dobrze by było, gdyby coś za tym szło. Bo sam upadający samolot to chyba za mało.

A naprawdę można zrobić prostą grę, która mówi o niełatwych sprawach, często pomijanych. Przykładem jest Joyful Executions. Produkcja, w której dowodzi się plutonem egzekucyjnym dokonującym egzekucji na wrogach ludu. Przeczytajcie fragment recenzji yourapps.info:

Do gracza należy zatem uchronienie Kim przed przykrym losem zdrajcy. Aby tego dokonać, należy podejmować rozważne i przemyślane decyzje co do wydania rozkazu „Pal!” we właściwym momencie. Zmarnowanie jednej sztuki amunicji (czyli jednej salwy czterech żołnierzy) na jednego skazańca może się bowiem słono zemścić w nadchodzących falach. Niezastrzelenie wszystkich jeńców z fali spowoduje jednocześnie zwiększenie się liczby celów w kolejnych. Jeśli jednak mimo najszczerszych chęci nie uda się graczowi wyeliminować wszystkich „wrogów”, ma on ostatnią szansę na odkupienie swoich win w oczach Boskiego Przywódcy. Szansą tą jest… dobijanie strzałem w głowę więźniów jeszcze żyjących.

Szokujące, prawda? I jak pisze autor recenzji, nagle zdajemy sobie sprawę, że to wciąga. Prosta gra z kolorową oprawą graficzną, w której zabija się wrogów ludu. Gra się przyjemnie, ale nagle uświadamiamy sobie, że wciąż dochodzi do takich zbrodni. To rzeczywistość, a nie historia. Lub gra.
Gry mogą skutecznie prowokować, zmuszać do myślenia. Tylko ich autorzy muszą mieć pomysł, by skutecznie do nas trafić. Mam wrażenie, że proste przeróbki takim pomysłem nie są. Sądzicie inaczej i może to faktycznie ciekawa prowokacja?
Tematy: Gry

Podobne artykuły:

Rozrywka