recenzja inFamous 2

  1. Od zera do burzliwego bohatera - czy nieSławny: inFamous 2 popieści nas prądem?

    fot. avlxyz via flickr.com

    fot. avlxyz via flickr.com

    Cole MacGrath był jak każdy z nas. Jadał bułki z chlebem, pił tanie piwko z Biedronki i lubił oglądać mecze Barcelony. Niestety sytuacja finansowa zmusiła go do rozpoczęcia pracy kuriera. Pewnego dnia w paczce znalazła się Kula Promieni, która sprzedała mu potężnego klapsa w pupę. Facet zdobył mega moce, stał się jak Superman i Batman. Wszystko byłoby ok gdyby nie pewien fakt, który odróżnia go od wspomnianych herosów – Cole potrafi być zły, bardzo zły.

    Nie pamięta wół, jak cielęciem był…

    Ile to już razy twórcy gier podawali nam na talerzu znany, oklepany i niesmaczny schemat typu: wcielasz się w rolę herosa i musisz uratować świat. Jejku rety, może i to nawet fajne, no ale ile razy można przeżuwać to samo. W pewnym momencie każdy trafia do punktu, w którym wie jak smakują wszystkie gry z gatunku „superhero”. Na szczęście Sucker Punch – studio odpowiedzialne za inFamous 2 pokazało, jak powinno się robić gry o bohaterach.

    nieSławny 2 w osławionym już demie

    Zadanie nadrzędne może i wygląda nieco blado, ale za to sposoby jego realizacji są przepełnione kolorami. Jeśli ktoś ma dość gier, w których zadaniem gracza jest uratować świat, a przy okazji pomóc prawie połowie populacji w spełnieniu ich marzeń, snów i najdziwniejszych dewiacji seksualnych to inFamous 2 jest zdecydowanie dla niego. Tutaj to gracz decyduje, którą drogą pójdzie – Luke, tfu! Cole – wkroczysz na jasną czy ciemną ścieżkę mocy? Oczywiście długo się nie zastanawiając postanowiłem zostać tym złym. Wszakże nic nie rajcuje bardziej z rana od możliwości przyjarania komuś kupra za pomocą pioruna wystrzelonego z ręki (ej, bez skojarzeń!).

    fot. Kamil Porembiński via flickr.com

    fot. Kamil Porembiński via flickr.com

    W Tobie jest siła, moc i zniszczenie!

    Skoro już jesteśmy przy piorunach to warto wspomnieć, iż chyba nikt nie chciałby otrzymać od Cole’a „z liścia”. Facet w swoich dłoniach ma gigawaty mocy w dosłownym znaczeniu. Koleś mógłby stanąć na jednym ringu ze słynnym Zeusem i sądzę, że pan Gromowładny z Olimpu musiałby się sporo napocić, aby wyjść z pojedynku w całym kawałku. Nasz bohater dysponuje bowiem wieloma kombinacjami ciosów, które pozwalają mu nie tylko ciskać w przeciwnika różnymi przedmiotami, ale także za pomocą otaczających wroga metalowych rzeczy zapodać tak zwane wstrząsy wtórne.

    Do tego dochodzą granaty, standardowe strzały „z ręki” oraz najnowsza nowość (tak nowa, że samo słowo „nowość” tutaj nie wystarcza): AMP. Jest to coś w stylu broni białej, którą można smagać wszystkie otaczające gracza jednostki wroga. To jednak nie koniec atrakcji – ciosy łączy się w kombosy, a siłę Ampa można zwiększać za pomocą dostępnego w grze systemu levelowania. W efekcie gracz dostaje ciekawe akcje, a kamera (prowadzona ręką twórców gry) dokładnie wie, w których momentach należy zwolnić akcję robiąc odpowiedni najazd. W ruchu wygląda to o wiele lepiej niż można by to opisać. Wypada się przekonać osobiście.

    fot. pittaya via flickr.com

    fot. pittaya via flickr.com

    Sama historia, jaką opowiada gra, może i nie mogłaby konkurować z epopejami narodowymi Henryka Sienkiewicza, ale co najważniejsze poprowadzona jest spójnie i stanowi znakomity dodatek do dania głównego. Szef kuchni przygotował bowiem smakowity, opieczony w złocistą panierkę otwarty świat, który jest na wyciągnięcie ręki. Gra nie prowadzi gracza po sznurku, dzięki czemu to on sam decyduje, czy w danej chwili ma ochotę skopać komuś dupę w misji głównej, czy też może przypali jakiemuś śmiałkowi jądra za to, iż zadręcza go na ulicy swoją grą na saksofonie lub też dlatego, iż ucieka z jednym (jakże cennym dla osoby gracza) odłamkiem z wybuchu. Gra pozwala się nią bawić, niczym mysz z kotem, pies z dzieckiem i skąpo ubrana dziewczyna w stroju pielęgniarki wygłodniałemu klientowi. No, ten tego, jakoś tak. W każdym bądź razie hasełko „róbta co chceta” idealnie opisuje stan rzeczy jaki zastaniecie po dotarciu do New Marais.

    Osama bin Laden gwiazdą inFamous 2

    Nowe i lepsze

    Inna, jakże istotna cecha gry, to wbudowany weń edytor. Co można edytować? Od razu Wam powiem, że niestety ale nie da się przyprawić naszemu bohaterowi dwumetrowego penisa, który podskakiwałby wraz z każdym wystrzałem ładunku elektrycznego. Co to, to nie, ale za to możemy tworzyć własne misje, zmieniając i definiując dosłownie wszystko. Od rozstawienia poszczególnych elementów, aż po sekwencje zaplanowane czy też zmienianie praw fizyki. Wszystko, czego dusza zapragnie – gra nie pozwoli się więc nudzić. Najfajniejszą częścią edytora jest także to, że swoje misje można publikować w sieci, tak, aby zagrali w nie inni playerzy. Sam gracz również ma dostęp do setek zadań stworzonych przez innych z całego świata, a wszystko jest dostępne od razu na głównej mapie gry. Zabawa nie ma końca? Owszem. Jeśli ktoś grał w LittleBigPlanet z pewnością wiecie, co mam na myśli.

    fot. Atli Harðarson via flickr.com

    fot. Atli Harðarson via flickr.com

    Jeśli ktoś ma za sobą pozytywne doświadczenia z pierwszą częścią gry inFamous, a przy tym udało mu się wyjść ze wszystkiego z całymi palcami, to nie muszę chyba go namawiać do sięgnięcia po dwójkę. Gra otrzymała wiele usprawnień względem pierwowzoru, nie trzeba już na przykład powtarzać scen schodzenia do podziemi w celu uruchomienia prądu w poszczególnych dzielnicach miasta (zamiast tego strzelamy pociskami Tesli!). Graficznie i muzycznie jest wręcz wzorowo. Wszystkie efekty wystrzałów, latających wokoło głowy iskier nie tylko widać, ale także znakomicie słychać dzięki przestrzennemu dźwiękowi. Świsty, gwizdy i trzaski poruszą każdym i zostaną w głowie na dłużej. Momentami inFamous 2 lubi zwolnić, ale pojedyncze chrupnięcia są rekompensowane za sprawą gigawatów miodu, które Cole MacGrath wypuszcza z ekranu w naszą stronę.

    Grube ryby branży gier – kto jest szefem wszystkich szefów?

    Elektrycznie stymulowany fallus

    Jeśli ktoś szuka gry, która pozwoli mu na dłużej przysiąść do konsoli (30 godzin na koncie, a do 100% jeszcze daleko), a przy tym – co najważniejsze – świetnie się bawić – musi łyknąć inFamous 2 czym prędzej. Gra jest pełna pozytywnej energii elektrycznej, która zapewni każdemu znakomity fun, jakiego dawno nie było w gatunku gier z superbohaterami. Do tego wszystkiego dochodzi wizja opowiedzenia się „po drugiej stronie barykady”, gdzie wcale nie trzeba obawiać się o życie niewinnych cywili, ale można szastać prądem gdzie popadnie. Piękne to i bardzo złe. Ale cóż, taka już rola spaczonych superbohaterów.