8 cudów techniki z lat 90. Napęd ZIP, robot AIBO i pager BlackBerry. Pamiętasz je?

Pamiętacie gadżety z lat 90.? Z tych mitycznych czasów, gdy palenie nie szkodziło, otwarcie McDonalda było wydarzeniem, nikt nie narzekał na planowe postarzanie, a kwintesencją nowoczesnej elektroniki był sprzęt prosto z Japonii? W tamtych latach pojawiło się kilka gadżetów, które w XXI wieku szybko trafiły do lamusa. Które z nich warto przypomnieć?

Elektroniczny organizer / Psion 3A

Daleki przodek smartfonów miał przed laty kilka chwil świetności. Organizery elektroniczne były prezentowane jako idealny sprzęt dla biznesmenów. Pozwalały zapisywać kontakty, miały kalkulator, czasem jakieś proste gry, terminarz, przelicznik walut, konwerter różnych jednostek i zegar z alarmem. Dość zabawny wydaje się dzisiaj fakt, że niektóre – jako osobną funkcję – oferowały listę e-maili i adresów stron WWW.

Górną półkę organizerów (a właściwie wczesnych PDA), a zarazem wzór użyteczności, stanowiły urządzenia Psion Series 3, których różne wersje trafiały na rynek od 1991 do 1998 roku. Ten dopracowany sprzęt zapewniał dziesiątki godzin pracy na dwóch bateriach AA, a poza typowymi funkcjami organizera oferował m.in. bazę danych i edytor tekstu. Urządzenia Psion znane jako SIBO (Sixteen Bit Organisers) pracowały pod kontrolą systemu EPOC, rozwijanego w kolejnych latach pod znacznie lepiej znaną nazwą Symbian.

Podobne z wyglądu, choć służące – przynajmniej w teorii – do czegoś innego, były również elektroniczne translatory. Organizery szybko zestarzały się moralnie – zanim zdążyły w Polsce zdobyć masową popularność, na rynku pojawiły się palmtopy o znacznie większych możliwościach.

MiniDisc / Sony MZ1

Nie będę ukrywał, że to prawdopodobnie mój ulubiony gadżet z tamtej epoki. W niektórych aspektach wciąż tkwię mentalnie w XX wieku – lubię, gdy moja muzyka znajduje się na fizycznym nośniku. Gdy mogę ją wziąć do ręki albo poprzerzucać okładki w poszukiwaniu czegoś, co mam ochotę posłuchać. Tego nie zapewni mi ani chmura, ani nawet wypełniony po brzegi iPod, który w sumie też jest już reliktem minionych czasów, tylko trochę nowszych.

MiniDisc to dla mnie technologiczny pomnik lat 90. Arcydzieło mechaniki połączonej z cyfrowym zapisem dźwięku i jakością produktów, składanych nie w Chinach czy Malezji, ale w Japonii.

Do tej pory nie mogę wyjść z podziwu, że urządzenie, które musi przecież rozpędzić silnikiem fizyczny nośnik, a następnie odczytać laserem dane, zdekodować je i wypełnić bufor antywstrząsowy, potrafi działać na jednej baterii „paluszku” przez 50 godzin. Wynik poza zasięgiem zarówno odtwarzaczy MP3, jak i współczesnych smartfonów.

Zobacz również: Pierwsze wrażenia: Samsung Galaxy TAB

Wszystko zaczęło się w 1992 roku od modelu Sony MZ1. Warto porównać go z modelem z 2002 roku — Sony MZ-E10 miał wielkość i grubość nieznacznie tylko większą od płyty MD. Tajemnicą inżynierów, którzy zaprojektowali to cudo pozostaje wiedza, gdzie upchnięto napęd, laser i resztę podzespołów.

Sony AIBO

Możliwości współczesnych robotów często wydają się wybiegać poza wizje, jakimi przez lata raczyła nas fantastyka naukowa. Wystarczy wspomnieć o niebywałych możliwościach maszyn takich jak Petman, Atlas czy opracowany przez firmę należącą do Google’a robot Schaft. Kiedy się to wszystko zaczęło?

Jednym z ciekawszych urządzeń, jakie pojawiły się w latach 90. był opracowany przez Sony robot AIBO. Ta przeznaczona na rynek konsumencki, zaawansowana zabawka wyglądała i zachowywała się jak mechaniczny pies, a jej twórcami byli inżynierowie z CLS (Computer Science Laboratory), czyli ośrodka badawczego, zorganizowanego przez japońską firmę na wzór legendarnego laboratorium Xerox PARC.

Prace nad robotem prowadzono od początku lat 90., czego efektem był m.in. sześcionogi prototyp o nazwie MUTANT, jednak finalna wersja pierwszego modelu AIBO — ERS-110 – trafiła na rynek dopiero w 1999 roku.

Robot, pełniący rolę domowego, elektronicznego zwierzaka, był prawdziwym cudem techniki. Jego sercem był 64-bitowy procesor RISC, taktowany zegarem 50 MHz. Robot mógł poruszać nie tylko kończynami, ale również ogonem i głową. Został wyposażony m.in. w kamerę, sensory podczerwieni, czujniki temperatury, akcelerometr, głośniki i wyświetlacze LED, odpowiadające za prezentowanie przy pomocy kolorów „emocji” robota.

Poza domową rozrywką roboty AIBO były również wykorzystywane jako stosunkowo tania platforma badawcza do eksperymentów ze sztuczną inteligencją, a wyjątkowo spektakularnym pokazem ich możliwości była cykliczna impreza RoboCup Four-Legged League, czyli rozgrywane przez roboty mecze piłkarskie.

Jaz Drive

Nośniki danych, choć wciąż jeszcze z nich korzystamy, powoli stają się historią. Pod względem stosowanych rozwiązań ostatnie kilkanaście lat to czas wyjątkowej nudy – na rynku konsumenckim standardem były albo pamięci flash w formie kart lub kluczy USB, albo dyski optyczne, które zdążyły przestać być potrzebne zanim ostatni ze zwycięskich standardów – Blu-ray – zdobył masową popularność.

Lata 90. były pod tym względem znacznie ciekawsze. Swojej szansy szukali producenci dyskietek różnych rozmiarów i pojemności, twórcy opisanych w dalszej części artykułu napędów ZIP, dysków optycznych (CD) i magnetooptycznych (np. MiniDisc), a nawet napędów taśmowych, znanych raczej z zastosowań profesjonalnych. Przykładem konsumenckiej wersji tych ostatnich był m.in. Video Backup System, dzięki któremu można było podłączyć do Amigi magnetowid i zarchiwizować dane na zwykłej kasecie VHS.

Ciekawym rozwiązaniem z tamtej epoki jest również Jaz Drive – dzieło firmy Iomega, wprowadzone na rynek w 1995 roku. Było to rozwiązanie oparte na miniaturowych, wymiennych dyskach twardych, które wkładało się – niczym dyskietkę – do połączonej z komputerem stacji dokującej. Jaz Drive oferował niezły czas dostępu i pojemność 1 GB, którą w kolejnych latach zwiększono do 2 GB.

W momencie debiutu urządzenia było to całkiem sporo, ale spadające ceny dysków CD-R i nagrywarek sprawiły, że Jaz Drive nie zdobył rynku. Mimo tego znalazł swoją niszę i wyewoluował do sprzedawanego w kolejnych latach napędu REV Drive, oferującego do 120 GB pojemności.

Discman

Podobnie jak w przypadku Walkmana, prawa do nazwy posiada Sony, jednak powszechnie nazywa się tak również urządzenia innych producentów. Pierwsze discmany pojawiły się jeszcze w latach 80., ale – jak na sprzęt przenośny – były wówczas wielkie, nieporęczne i prądożerne. Dość wspomnieć, że pierwszy model, czyli Sony D50, ważył niemal 600 gramów. I to bez źródła zasilania – urządzenie trzeba było podłączyć do prądu zwykłym kablem sieciowym, a iluzoryczną mobilność zapewniał dodatkowy moduł z bateriami.

Jeszcze w 1987 roku powstał discman mniejszy od płyty CD. Jak to możliwe? W modelu Sony D-88 zastosowano ciekawe rozwiązanie – płyta wystawała z urządzenia. Może nie było to praktyczne, ale trzeba przyznać, że wglądało efektownie.

Dopiero w latach 90. discmany przybrały formę względnie poręcznego gadżetu – o ile za poręczny uznamy dysk o rozmiarach nieco większych od płyty CD. Przykładem perfekcyjnego upchnięcia podzespołów w obudowie niewiele większej od płyty CD jest np. model D-EJ885, który nieco spóźnił się na lata 90., bo trafił na rynek dopiero w 2002 roku. A tak reklamowano model nieco wcześniejszy:

Choć producenci robili co mogli, by zminimalizować rozmiary tego sprzętu, granicę wyznaczała całkiem spora płyta CD. Do zwykłej kieszeni nie dało się tego włożyć, stąd odtwarzacz lądował zazwyczaj w plecaku albo specjalnym etui. Wadą była też wrażliwość na wstrząsy. Producenci usiłowali zaradzić temu problemowi stosując bufor, dzięki któremu muzyka była odtwarzana bez przeskoków nawet wtedy, gdy w wyniku wibracji lub uderzeń następowały chwilowe problemy z odczytem.

Pod koniec lat 90. producenci discmanów próbowali podjąć walkę z playerami empetrójek. Pojawiły się urządzenia, odtwarzające nie tylko format CD Audio, ale radzące sobie również z nagranymi na płycie plikami MP3.

Iomega ZIP Drive

3,5-calowa dyskietka o pojemności 1,44 MB z pewnością nie była nośnikiem marzeń. Niestety, przez długie lata nie miała sensownej alternatywy. Choć w połowie lat 90. w roli magazynu danych nieźle sprawdzały się 650-, a później 700-megabajtowe płyty CD, to miały istotną wadę: był to nośnik tylko do odczytu, a nagrywarki, wraz z płytami CD-R były początkowo ze względu na cenę poza zasięgiem zwykłego śmiertelnika.

Alternatywą i obiektem marzeń wydawał się wówczas ZIP Drive firmy Iomega, czyli stacja dysków, obsługująca dyskietki na sterydach, która zadebiutowała na rynku w 1994 roku. Nośnik ZIP przypominał zwykłą, 3,5-calową dyskietkę, był jednak od niej wyraźnie grubszy. Większa była również pojemność, wynosząca początkowo 100 megabajtów. Z czasem pojawiły się pojemniejsze dyskietki ZIP, mieszczące 250 i 750 megabajtów.

W teorii był to, jak na tamte czasy, całkiem sensowny nośnik. Praktyka była inna – wady konstrukcyjne zaowocowały wysoką zawodnością, a ceny napędów i nośników szybko przestały być atrakcyjne. W ciągu kilku lat radykalnie spadły ceny nagrywarek CD, a obok zapisywalnych płyt CD-R pojawiły się również płyty CD-RW, pozwalające na wielokrotny zapis danych.

Oceny tego sprzętu bywają diametralnie rozbieżne. Przykładem mogą być choćby rankingi jednego z dużych magazynów komputerowych zza ocenau, którego redakcja wydaje się czasem cierpieć na schizofrenię: Iomega ZIP Drive jest w nich umieszczany zarówno w zestawieniach najgorszego, jak i najlepszego sprzętu komputerowego.

Pager

Choć pierwsze pagery pojawiły się w Stanach Zjednoczonych w połowie XX wieku, to do Polski zawitały dopiero w latach 90. Z punktu widzenia użytkownika było to urządzenie, działające zazwyczaj jak jednokierunkowy czytnik wiadomości tekstowych. Do użytkownika pagera można było wysłać krótką informację, jak np. numer telefonu, z którym ma się skontaktować.

Użytkownik odczytywał ją na ekranie i… no właśnie, we wczesnych latach 90. niewiele więcej mógł zrobić. Aby oddzwonić konieczne było wyruszenie na poszukiwania najbliższego telefonu. Mimo tej niedogodności z punktu widzenia współczesnego Polaka technologiczne zacofanie naszego kraju wyszło nam w niektórych kwestiach na dobre.

Dotyczy to m.in. bankowości i komunikacji. Zanim pagery zdążyły zdobyć popularność, nadeszła era telefonów komórkowych i SMS-ów, a jednokierunkowa łączność przestała być potrzebna. Jako sprzęt komunikacyjny pagery przetrwały w nielicznych niszach – używa się ich tam, gdzie nie można stosować telefonów komórkowych, w centrach logistycznych albo np. do koordynowania pracy kelnerów.

Warto przypomnieć, że to właśnie od pagerów zaczęła się kariera firmy Research in Motion, która z czasem przejęła nazwę od swojego flagowego produktu, czyli smartfonów Blackberry. Zanim jednak pojawiły się pierwsze smartfony, w 1996 roku „jeżynka” oferowała swoim klientom wszystkomający RIM Inter@ctive Pager, który nie dość, że pozwalał odpowiadać na wiadomości i łączył się z internetem, to do tego miał coś, co w kolejnych latach stało się znakiem rozpoznawczym firmy, czyli pełną klawiaturę QWERTY. Na powyższym zdjęciu widać nieco nowszy model Inter@ctive Pager 850.

Microsoft Natural Keyboard

Jak udoskonalić klasyczną klawiaturę? Projektanci Microsoftu postanowili podejść do problemu w dość radykalny sposób. Złamali ją na pół, wyodrębniając dla każdej z dłoni odrębny blok klawiszy, które dodatkowo zostały ustawione pod kątem, a klawiatura została wyposażona w pokaźną podpórkę pod nadgarstki.

Debiutująca w 1994 roku klawiatura o nazwie Microsoft Natural Keyboard okazała się całkiem sporym sukcesem. Choć nie była pierwszą ergonomiczną klawiaturą na rynku, to dzięki dopracowanemu projektowi, jakości i sensownej cenie, wynoszącej wówczas 100 dolarów, sprzedawała się całkiem nieźle. Jej kolejne wersje są oferowane przez Microsoft do dnia dzisiejszego.

Warto przy tym wspomnieć, że Microsoft całkiem poważnie podchodził wówczas do ergonomii. Rok przed ergonomiczną klawiaturą, firma z Redmond zaprezentowała myszkę, która nie wyglądała jak kanciaste pudełko albo mydelniczka, ale została dostosowana do kształtu dłoni użytkownika.

Pozostając w latach 90., warto wspomnieć o kolejnej innowacji Microsoftu – w 1996 roku firma zaprezentowała mysz IntelliMouse, w której pojawił się jakże użyteczny scroll, a trzy lata później na rynek trafiła IntelliMouse Optical, w której podatną na zabrudzenia i zacinającą się kulkę zastąpiono sensorem optycznym.

Podziel się:

Przeczytaj także:

Także w kategorii Technologie:

Xanadu - zapomniany przodek WWW. Kto naprawdę wymyślił hipertekst? V3 - mordercza stonoga Hitlera. Największe działo drugiej wojny testowano w Międzyzdrojach Jak prasa pisała o Internecie w 1988 roku? Binairy Talk – dane zapisane w obłokach dymu. Odczytamy je laserem Tajny projekt NASA: dlaczego rozsypano w Kosmosie miliony miedzianych igieł? Technologiczne mity. Sony timer, czyli planowe starzenie produktów 20 rdzeni w desktopie już za 2 lata - AMD zagrozi Intelowi? Nie lubię już biedronkowych wyprzedaży. Drodzy gracze, daliśmy się nabrać! VOCCA - żarówka sterowana głosem. Gadżet z najciekawszą kampanią na Kickstarterze! W wieku 14-15 lat najszybciej uczymy się nowych technologii. Potem jest już tylko gorzej Alienware 13 - marzenie mobilnego gracza! Andy Warhol i stara Amiga. Jakie skarby zapisano na zapomnianych dyskietkach? Navdy – wyświetlacz HUD na szybie każdego samochodu. Również tego starszego! Amerykańscy żołnierze zjedzą wydrukowaną pizzę. Przyznaję, coś mi uciekło - druk 3D jak magia! Teraz to będę się uczył! Najlepsze gadżety dla uczniów [zestawienie] Bose SoundTrue around-ear – lekkie i stylowe słuchawki dla aktywnych [test] Rosyjscy hakerzy atakują Ukrainę. Cyberwojna nam grozi czy może już trwa? Będą nowe dowody osobiste. Szkoda, że wciąż staroświeckie - to dowód na to, że daleko nam do e-państwa Packed Pixels - co dwa ekrany to nie jeden. Masz iPada? Będziesz zachwycony! Timex Ironman One GPS+. Samowystarczalny smartwatch dla aktywnych PolakPotrafi.pl: polska cewka Tesli gra błyskawicami muzykę z „Piratów z Karaibów”! Google wykrył pedofila, bo zagląda nam do maili. Prywatność? Jaka prywatność!? Pobudka! Budzik marzeń nie tylko obudzi, ale przywita nas świeżo zaparzoną kawą To nie żart. Ludzie dzwonią na policję, bo Facebook nie działa