Fot. Smithsonian, Si.edu

Fot. Smithsonian, Si.edu

Jak powstaje smartfon? Jeśli poznacie prawdę, być może nigdy więcej go nie kupicie

Skąd biorą się smartfony? Powstają dzięki temu, że w odległym zakątku świata ludzie giną, są gwałceni, okaleczani i sprzedawani w niewolę. Wszyscy jesteśmy temu winni. Mamy krew na rękach: wszyscy finansujemy wojny, przemoc i niewolnictwo.

Kupujesz od bandyty?

Rycerz Zakonu Ortalionu wygląda, jakby właśnie wyskoczył z literackiego debiutu Doroty Masłowskiej. Jest łysy, napakowany, szeleści przy każdym ruchu i dyszy kebabem z ostrym sosem.

Bez większego wysiłku miota jakimś dzieciakiem. Nie jest nawet przesadnie brutalny — uprzejmą prośbę o tablet i zegarek poprzedza wymierzony od niechcenia cios w twarz i rzucenie o wiatę przystanku. Jest wieczór, a ty jesteś jedynym świadkiem. Rycerz podchodzi do ciebie – 500 za iPada, stówa za G-Shocka. Prawie nówki. Bierzesz?

Raczej nie weźmiesz, prawda? Nawet, gdy znający sekrety handlu Rycerz zacznie kusić promocją: - 500 za wszystko. Dobra, niech stracę, 350 i są twoje.

Zdjęcie pochodzi z serwisu Depositphotos

Wierzę, że większość z nas nie skorzystałaby z niespodziewanej promocji. Powstrzymałby nas elementarny odruch przyzwoitości, jakieś wewnętrzne przekonanie, że tak po prostu się nie robi. To bardzo dobrze, ale w takim razie, dlaczego kupujemy smartfony czy inne elektroniczne gadżety?

Przecież, aby w naszej kieszeni znalazł się kolejny model Note’a czy iPhone’a, niemal na pewno ktoś zginął, został okradziony albo – w XXI wieku – sprzedany w niewolę.

Rudy metali jak krwawe diamenty

W 2006 roku na ekrany kin trafił film „Krwawy diament”, w którym Leonardo di Caprio wciela się w rolę przemytnika diamentów ze Sierra Leone.

Biedny Leo musi te diamenty przemycać, bo na świecie panuje zgoda co do tego, by nie kupować ich od bandytów, ale z legalnych źródeł. Polityczną wolę, by tak było, potwierdza tzw. pakt Kimberley, podpisany przez 54 państwa wydobywające diamenty.

Zobacz również: Ręczna drukarka 3D

Chcemy mieć pewność, że diament, który wkładamy na palec ukochanej osoby, nie był powodem odcięcia palca lub dłoni dziecku.

Peter Hain, brytyjski polityk

Na to, by – przynajmniej oficjalnie — nie kupować diamentów z nielegalnych, związanych z przemocą źródeł, świat może sobie pozwolić, bo tzw. krwawe diamenty to zaledwie około 4 proc. rynku. Z surowcami potrzebnymi do wytwarzania elektroniki jest jednak inaczej: produkcja smartfonów, tabletów czy komputerów jest uzależniona od dostaw, pochodzących albo z rejonów konfliktów zbrojnych, albo z terenów, gdzie surowce wydobywa się bez względu na koszty dla środowiska i lokalnej ludności.

Te kluczowe surowce noszą nazwę rud metali ziem rzadkich, a ich rozmieszczenie to świetny przykład tego, że świat nie jest sprawiedliwy. To surowce, na których opiera się nasza technologiczna cywilizacja. Jak przed laty podstawą przemysłu była stal i węgiel, tak obecnie bez metali ziem rzadkich nie jesteśmy w stanie wyprodukować elektroniki.

Fot. Wikimedia Commons

Kongo – przekleństwo bogactwa

Problem polega na tym, że złoża rud tych metali są rozmieszczone bardzo nierównomiernie. Choć co pewien czas pojawiają się sensacyjne doniesienia o odkryciu bogatych złóż a to na Grenlandii, a to pod Suwałkami, to w praktyce za większość światowej produkcji odpowiadają Chiny. Państwo Środka, gdyby tylko miało w tym jakiś interes, może niemal z dnia na dzień zatrzymać np. globalną produkcję akumulatorów. Przykro nam, Elon, Tesla dalej nie pojedzie.

Globalne wydobycie rud metali ziem rzadkich. Fot. United States Geological Survey

Chiny są wprawdzie największym producentem, ale ponieważ złoża nie są rozmieszczone równomiernie, to na przykład 70 proc. globalnych zasobów koltanu znajduje się na terenie Konga. A bez koltanu (mieszanka kolumbitu i rud tantalu) nie ma kondensatorów.

Nie ma przy tym znaczenia, którego producenta sprzętu wybierzemy. Zresztą gdy mówimy o liczących się firmach, to okazuje się, że prawdziwych producentów podzespołów jest na świecie tylko kilku, w przeciwieństwie do niezliczonych marek.

Fot. The Outsiders Club

Telefony mogą się różnić wyglądem czy parametrami technicznymi, mogą nawet mieć bambusowe czy skórzane obudowy, jednego zaprojektował Jony Ive, drugiego bezimienny nastolatek z Shenzhenu, ale to, co w nich najważniejsze, w każdym modelu będzie wykonane mniej więcej z tego samego.
Czyli m.in. z wolframu, kasyterytu i koltanu, o złoża których trwają w Afryce nieustanne wojny.

Surowce w niedostępnych miejscach

Warto zauważyć, jak pojawienie się kolejnych generacji elektronicznych gadżetów wpływa na ten rynek – np. wraz z rozpoczęciem produkcji konsoli PlayStation 2 cena koltanu wzrosła czterokrotnie.

Kopalnia koltanu w Kongo (Fot. Wikimedia Commons)

Co więcej, większość zasobów tego surowca znajduje się w kongijskich prowincjach Północne i Południowe Kiwu. Są to tereny niemal zupełnie pozbawione dróg, a kongijska władza centralna nie ma nad nimi kontroli.

Istnieją plemienne i inne przyczyny, dla których konflikty trwają. Ale należy dostrzec prawdziwe powody wojen. Do konfliktów dochodzi, ponieważ we wschodniej części Konga znajdują się kopalnie, które dostarczają minerałów niezbędnych do produkcji telefonów komórkowych i innej elektroniki. Wielu ludzi zarabia na tym ogromne pieniądze, ale ten handel z pewnością nie przynosi korzyści mieszkańcom kraju.

Hillary Clinton, amerykańska polityk

Zamiast niej sprawują ją różne uzbrojone bandy, rebelianci dorabiający do rozboju jakąś ideologię albo – jak przed laty – rwandyjskie wojska, które do eksploatacji surowców sprowadziły sobie własnych niewolników. Jak traktowani są niewolnicy, wydobywający koltan? Morderstwa i gwałty są na porządku dziennym.

Co dziesiątej zgwałconej kobiecie strzelono w waginę. Próbujemy rekonstruować waginy, odbyty, wnętrzności ofiar. To bardzo długi proces.

Dr Denis Mukwege, Bukavu, Demokratyczna Republika Konga

Bandyci sprzedają taniej

Pochodzenie surowców, z których produkowane są nasze elektroniczne gadżety, nie jest tajemnicą. Problem polega na tym, że nikt nie ma interesu w tym, aby zmieniać obecną sytuację, a firmy handlujące koltanem i dostarczające go do fabryk na całym świecie, umywają ręce, twierdząc, że kupują go w legalnych, kongijskich kantorach.

Fot. Strongrootscongo.org

To prawda. Wszystko odbywa się bowiem przy akceptacji lokalnych władz, które nawet, gdy nie kontrolują samego wydobycia, zarabiają na handlu surowcami. Szacuje się, że utrzymuje się z niego około jedna piąta mieszkańców kraju, w którym cena koltanu sięga 3 dolarów za kilogram. Ten sam koltan w Europie czy Stanach Zjednoczonych kosztuje 400 – 600 dolarów za kilogram. Po co przemycać heroinę, gdy można legalnie sprzedawać koltan?

Co więcej, nieliczne pozakongijskie źródła tego surowca – jak np. australijska kopalnia Wodinga – przestają istnieć. Zamknięto ją z powodów ekonomicznych. Mimo znacznie większej efektywności pracy, firma wydobywająca legalnie surowce nie ma szans, by konkurować z bandytami, dla których pracuje armia niewolników. A przecież koltan to tylko jeden z kluczowych surowców. Nawet, jeśli udział wydobycia z kontrowersyjnych źródeł jest mniejszy, niż alarmują organizacje humanitarne (co zgłaszają niektórzy eksperci), to w kolejce czekają choćby tantal czy wolfram. Albo nawet pospolita cyna, której legalni dostawcy nie nadążają za lokalnymi potrzebami rynku.

Niewygodna prawda

Czy jest szansa, by to zmienić? Coraz więcej firm zaczyna zwracać uwagę, by unikać skojarzeń z krwawymi surowcami. Niektóre — jak choćby Apple — korzystają z zewnętrznych audytów, mających potwierdzić, że w łańcuchu dostaw nie ma wątpliwego etycznie ogniwa.

Pojawiają się również ograniczenia prawne, jak m.in. amerykańska ustawa Dodda-Franka, która wymusza na producentach sprzętu dokumentowanie, skąd pochodzą używane w produkcji surowce. Jej losy są jednak, po kilku latach od wprowadzenia, bardzo niepewne, bo prezydent Donald Trump stwierdził:

Ustawa Dodda-Franka to katastrofa. Zamierzamy zadać tym przepisom poważny cios.

Donald Trump, prezydent USA

Kilka lat temu pojawiła się idea Fairphone’a – smartfona, zbudowanego wyłącznie z wykorzystaniem surowców pozyskanych z legalnych i etycznych źródeł. Jak nietrudno zgadnąć, jego cena, w porównaniu ze sprzętem o zbliżonych parametrach, jest znacząco wyższa. Mimo tego sprzedał się w kilkudziesięciu tysiącach sztuk co – jak na niszowość produktu – wydaje się niezłym wynikiem.

Zmiana zaczyna się od wiedzy

Problem w tym, że – moim zdaniem – nie jest to żadne rozwiązanie, o czym pisałem w artykule „Fairphone — pierwszy telefon fair trade. A może: naiwniacy, wyskakujcie z kasy”. To raczej sposób na zagłuszenie wyrzutów sumienia przez zamożniejszych klientów. I nie chodzi tu o krytykę samej idei, bo ta — nawet, gdy sam telefon to ordynarny skok na kasę — jest słuszna i szlachetna. Chodzi o coś innego – zmianę rzeczywistości w taki sposób, by znaczki Fair Trade czy smartfony Fairphone nie były nikomu potrzebne, bo uczciwy handel stanie się po prostu czymś oczywistym. Jak tego dokonać?

Trudno wyobrazić sobie masowy bojkot konsumencki. Nagle wszyscy przestaniemy kupować smartfony? Wątpię. Choć zręczną erystyką zawsze można się wybielić, trzeba powiedzieć to wprost: wszyscy mamy – pośrednio – krew na rękach. Kupując elektroniczne gadżety, uczestniczymy w obrocie surowcami, których wydobycie oznacza cierpienie ludzi w innej części świata. Jest nam z tym o tyle łatwo, że — gdy nie dokonamy pewnego wysiłku, by sprawdzić fakty — możemy w ogóle nie wiedzieć, że taki problem istnieje.

Nie będę udawał, że mam pomysł, jak go rozwiązać. Sądzę jednak, że pierwszym krokiem do zmiany świata na lepsze jest zwykła świadomość, że coś jest nie tak, jak być powinno.

Teraz już wiecie.

Źródło: The International Consortium of Investigative Journalists, Friends of the Congo, Wyborcza, Coltan, the Congo and your cell phone, Obserwator Finansowy, Tygodnik Przegląd, Newsweek, Mining

Podziel się:

Przeczytaj także:

Także w kategorii Technologie:

Nurkujące drony i łodzie jak statki kosmiczne: osobisty sprzęt do podróży pod wodą Sprzedawca w sklepie komputerowym - zawód ograniczonego zaufania Broń, która nie zabija. Wojna przyszłości: wszystko zniszczone, żadnych zabitych 8 cudów techniki z lat 90. Napęd ZIP, robot AIBO i pager BlackBerry. Pamiętasz je? Xanadu - zapomniany przodek WWW. Kto naprawdę wymyślił hipertekst? Bezpowrotnie tracimy dane. Nic po nas nie zostanie – ostrzega wiceprezes Google’a V3 - mordercza stonoga Hitlera. Największe działo drugiej wojny testowano w Międzyzdrojach „Das Marsprojekt”. Marsjańska misja Wernhera von Brauna z 1952 roku Jak prasa pisała o Internecie w 1988 roku? Quiz Gadżetomanii: Kto to powiedział? Dopasuj cytaty do znanych postaci! Ernő Rubik, człowiek schowany za kostką Binairy Talk – dane zapisane w obłokach dymu. Odczytamy je laserem Nietypowe zastosowania WD-40. Do czego można go wykorzystać? Bałakława - tajna baza radzieckich okrętów podwodnych Niesamowity XC-120 Packplane: eksperymentalny samolot z lat 50. Hatsune Miku: oto przyszłość muzyki. Ta Japonka zawsze będzie miała 16 lat Tajny projekt NASA: dlaczego rozsypano w Kosmosie miliony miedzianych igieł? Technologiczne mity. Sony timer, czyli planowe starzenie produktów Dzień z życia śmieciarza. Kosze na śmieci pełne telewizorów, komputerów i konsol? Najdziwniejsze maszyny II wojny światowej [cz. 2]. USA i Wielka Brytania To lata! Najdziwniejsze samoloty pionierów lotnictwa PHAB Plus: więcej znaczy lepiej. Miniaturyzacja przestała być zaletą Najlepsze śmigłowce szturmowe dla polskiej armii Oglądasz filmy w sieci? Sprawdź, co ci grozi