Znacie pojęcie "prokrastynacja"? Nawet jeśli nie, to niemal na pewno znacie zjawisko, które opisuje. Jest to bowiem nic innego, niż odkładanie wszystkiego "na później", wykonywanie zadań na ostatnią chwilę, a często nawet przekraczanie terminu. Im trudniejsze zadanie, tym więcej mamy wymówek...
Jak to wygląda w praktyce? Załóżmy, że pojutrze mamy egzamin, do którego musimy sobie jeszcze przypomnieć materiał. Nie jest go wiele, ale dłuższą chwilę nam to zajmie... Zdarza się, że wówczas:
- dochodzimy do wniosku, że powtórzymy jutro, bo dzisiaj już jesteśmy zmęczeni;
- stwierdzamy, że w takim bajzlu, jaki mamy na biurku, po prostu nie da się uczyć i trzeba to najpierw sprzątnąć;
- przypominamy sobie, że mieliśmy koniecznie wrzucić spodnie do pralki;
- zabieramy psa na spacer - przed chwilą był, ale na wszelki wypadek wyjdziemy, żeby potem nie przerywać nauki;
- sprawdzamy tylko szybko pocztę i serwisy społecznościowe - i okazuje się, że zajęło to ponad godzinę;
- myślimy sobie, że dzisiaj już jest późno, pouczymy się po prostu jutro dłużej.
Wymówek może być wiele i to najróżniejszych, ale mechanizm jest taki sam: odkładamy zajęcie na bliżej nieokreślone "później", bo teraz mamy coś ważnego do zrobienia i musimy to zrobić natychmiast. I to wcale nie jest tak, że nie chcemy tego zrobić - po prostu ciągle nam coś wypada. Prawda?
Jak sobie z tym poradzić?
Po pierwsze: skracamy czas wykonywania zadania.
Nie chodzi o to, żeby jak najmniej zrobić. Podzielmy jednak jedno duże zadanie (naukę do egzaminu) na kilka mniejszych, na przykład konkretne rozdziały czy notatki z określonych tematów. Łatwiej się kilka razy zabrać za coś, co zajmie nam 20 minut, niż raz za coś, co potrwa 2,5 godziny.
Po drugie: zaczynamy od tego, co lubimy.
Łatwiej zabrać się do roboty, jeżeli czekające nas zadanie sprawia nam przyjemność - albo chociaż nie wywołuje grymasu niechęci. Zacznijmy więc od czegoś w miarę prostego, albo od tematu, w którym czujemy się dobrze.
Po trzecie: ustawiamy sobie budzik.
20 minut to 20 minut - tylko tyle mamy się uczyć. Ale też w tym czasie nie robimy nic innego. NIC, podkreślam (facebook poczeka tą chwilę...) Jeśli nastawimy sobie budzik, to oprócz tego, że dostaniemy jasną informację, że już można książkę odłożyć - będziemy też mieć poczucie, że "czas leci". A to zwykle motywuje...
Po czwarte: robimy sobie przerwy.
Pomiędzy czasem spędzanym na powtarzaniu kolejnych działów, robimy sobie przerwę. Taką prawdziwą, kilkuminutową, podczas której wstajemy i idziemy zrobić coś zupełnie innego, co oderwie nas od nauki. Dopiero potem siadamy do kolejnej porcji pracy. Bez takiej przerwy odczuwamy kolejne 20-minutówki jako jedną całość i jesteśmy znacznie bardziej zniechęceni.
Stopniowo, wraz z przyzwyczajaniem się do rzeczywistego zajmowania się tym, czym musimy, można czas wydłużać. Granicą i tak jednak powinna być mniej więcej godzina - nie bez powodu w szkołach dzwonek kończący lekcję jest po 45 minutach. Powyżej tego czasu, coraz trudniej jest nam utrzymać pełną koncentrację - powinniśmy więc zrobić sobie chwilę przerwy i zająć się zupełnie innym tematem.