Koszmar cyfrowej dystrybucji. Nexto kasuje konta użytkowników razem z ebookami

Strona głównaKoszmar cyfrowej dystrybucji. Nexto kasuje konta użytkowników razem z ebookami
05.02.2015 08:46
Zdjęcie wściekłej kobiety pochodzi z serwisu Shutterstock
Zdjęcie wściekłej kobiety pochodzi z serwisu Shutterstock

Przysłowie głosi, że każdy kij ma dwa końce. Cyfryzacja różnych treści i przeniesienie ich do chmury są bardzo wygodne i niesamowicie ułatwiają nam życie. Problem w tym, że odbierają nam kontrolę i możliwość decydowania o tym, co dzieje się z naszymi danymi.

Cyfrowa dystrybucja

Od cyfrowej dystrybucji nie ma odwrotu. Choć może przyjmować różne formy to pod kilkoma względami jest bezkonkurencyjna. Koszty dostawy bliskie zeru, możliwość natychmiastowego skorzystania z kupionych treści czy fakt, że są one przypisane do naszego konta gdzieś w chmurze, a nie do lokalnego komputera oznaczają ogromną, trudną do przecenienia wygodę.

Niestety, wygoda oznacza również brak kontroli. O ile przy jednorazowym zakupie, po którym musimy ściągnąć jakieś dane na lokalny dysk ten problem raczej nie występuje, to pojawia się, gdy kupowane treści są przypisane do naszego konta. A właściwie nie kupowane treści, tylko – co staje się coraz powszechniejszym zjawiskiem – licencja na ich wykorzystanie.

Gdy odwiedzimy Empik i kupimy w nim grę, jest to nasza gra. Mamy fizyczny przedmiot – możemy w nią pograć, postawić na półce, rozpalić z jej pomocą małe ognisko, pożyczyć komu zechcemy albo odsprzedać, gdy się nam znudzi (choć producenci starają się ograniczyć nam tę możliwość). Pełna dowolność, ograniczona jedynie przez prawa autorskie. Ale to od nas zależy, czy będziemy je honorować albo raczej to na nas ciąży odpowiedzialność za ich przestrzeganie.

381736533063253738

Prawo do korzystania zamiast własności

Gdy „kupujemy” grę na Steamie czy innej usłudze tego typu, to wbrew pozorom nie kupujemy gry. Płacimy za prawo do grania. To ogromna różnica, podkreślana do tego faktem, że tak naprawdę nie mamy nad kupioną treścią żadnej kontroli. Jednego dnia możemy ją mieć, a drugiego – gdy administrator usługi uzna, że tak trzeba – już jej nie zobaczymy. Tak, jak niedawno nie zobaczyli niektórych gier użytkownicy Uplay.

Oczywiście to wszystko działa – teoretycznie – w ramach jakiegoś prawa, które zabezpiecza nasze interesy. Piszę „jakiegoś”, bo kwestia jurysdykcji nie zawsze jest jasna i aby walczyć o sprawiedliwość w sądzie, często musielibyśmy robić to na drugiej półkuli.

O tym, jak w praktyce działa ten model, miałem okazję przekonać się na własnej skórze. Byłem klientem Nexto.pl – internetowej księgarni, sprzedającej ebooki. Nie pamiętam już dokładnie, co tam kupiłem. Prawdopodobnie były to jakieś jednorazowe, promocyjne zakupy, chyba jakiejś prasy. Nic wielkiego, góra kilka złotych.

Nexto.pl kasuje konta

Nie mogę już tego sprawdzić. Ze względu na to, że zmienił się właściciel Nexto.pl, zmienił się również administrator bazy danych, a to oznaczało, że ja i reszta klientów musimy zaakceptować nowy podmiot jako zarządzający danymi osobowymi.

Księgarnia wysłała w tej sprawie dwa maile pod enigmatycznym tytułem „Informacja o koncie”, które oczywiście zostały albo skasowane, albo wyrzucone ze spamem. W kolejnym mailu znalazła się informacja o skasowaniu konta, a w ostatnim, wysłanym nie wiadomo po co, przypomnienie, że trzeba wyrazić zgodę na administrowanie danymi.

Tego ostatniego – przypadkiem – przeczytałem, próby zalogowania się zaowocowały komunikatem, że mojego konta już dawno nie ma, a próby skontaktowania się przez Facebooka i telefonicznie z obsługą klienta pozostały bez odzewu. Konto przepadło, przypisane do niego treści również.

381736533063712490

Wygoda za kontrolę

Możemy teraz długo zastanawiać się, kto ponosi odpowiedzialność za tę sytuację, czy księgarnia zrobiła wszystko, co powinna, czy to wyłącznie moje niedopatrzenia i czy Nexto.pl jest firmą godną zaufania. Takie rozważania nie są jednak moim celem – dla chcących się o to spierać przyjmijmy, że to wyłącznie moja wina, a ja nie mam do firmy pretensji. Zupełnie nie zależy mi na koncie, z którego i tak nie korzystałem i które prawdopodobnie posłużyło mi do jednorazowych zakupów.

Opisana historia jest jednak świetnym przykładem pułapki, w którą wpędza nas cyfrowa dystrybucja. Nie zarządzamy już treściami, za które zapłaciliśmy. Które - teoretycznie – należą do nas. Jasne, że możemy je ściągać na lokalny komputer, ale jeśli zaufamy dostawcy usług, to jesteśmy od niego całkowicie zależni. W zamian za wygodę zrezygnowaliśmy, chyba bez żalu, z odpowiedzialności, ale konsekwencją jest również utrata kontroli.

Chmura oparta na zaufaniu

To nie jest jakaś abstrakcja czy wizja utopijnej przyszłości. To już się stało – na własne życzenie pozbawiliśmy się nadzoru nad ważnym aspektem naszego życia. Tym, co daje nam jego namiastkę jest jedynie zaufanie, oparte na dwóch filarach. Pierwszym jest przekonanie, że żyjemy w państwie prawa. Drugi to wiara, że mechanizmy rynkowe skutecznie wyeliminują firmy, które tego zaufania w jakiś sposób nadużywają.

Problem polega na tym, że oba filary to tak naprawdę iluzja. Bo co ma zrobić człowiek, który z jakiegoś powodu stracił ebooki o wartości 4 złotych? Wytoczy proces? Będzie usiłował zainteresować sprawą UOKiK? Być może ktoś, kto nie ma nic lepszego do roboty tak właśnie zrobi, ale zdecydowana większość machnie ręką. Komplikacje z dochodzeniem własnych praw byłyby zbyt duże w stosunku do ewentualnych korzyści.

Drugi filar jest nieco mniej iluzoryczny, jednak dla wielu użytkowników kwestia nadzoru nad własnymi danymi tak naprawdę nie ma znaczenia. Dopóki nasze nagie fotki nie krążą po Sieci, usługi w smartfonie działają, Spotify gra, gry na Steamie bezproblemowo się instalują, a Facebook nie straszy nas utraconym kontem, to mało kogo obchodzi to, co się z naszymi danymi dzieje. Dzielimy je bezrefleksyjnie z jakąś chmurą, wierzymy, że ona po prostu będzie działać.

Tylko co się stanie, gdy któregoś dnia jednak nie będzie?

Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (32)