W obronie wielkich wytwórni, czyli jak iTunes i Spotify zarzynają muzykę

Strona głównaW obronie wielkich wytwórni, czyli jak iTunes i Spotify zarzynają muzykę
14.03.2013 09:30
W obronie wielkich wytwórni, czyli jak iTunes i Spotify zarzynają muzykę

Przemysław Pająk na łamach serwisu Spider's Web skrytykował niedawno Thoma Yorke’a z Radiohead. Zbrodnią popełnioną przez muzyka okazało się stwierdzenie, że Apple i Google są dla branży muzycznej po prostu szkodliwe. Biedny Thom - przecież niemal każdy w Internecie wie, że przemysł muzyczny jest zły, chciwy i głupi. Problem w tym, że obiegowa opinia nie zawsze jest prawdziwa.

Przemysław Pająk na łamach serwisu Spider's Web skrytykował niedawno Thoma Yorke’a z Radiohead. Zbrodnią popełnioną przez muzyka okazało się stwierdzenie, że Apple i Google są dla branży muzycznej po prostu szkodliwe. Biedny Thom - przecież niemal każdy w Internecie wie, że przemysł muzyczny jest zły, chciwy i głupi. Problem w tym, że obiegowa opinia nie zawsze jest prawdziwa.

Dobrze wiemy, kto jest czarnym charakterem

Pamiętam, jakie wrażenie dawno temu zrobił na mnie teledysk Korna „Y'all Want A Single”. Demolka sklepu muzycznego (gdyby ktoś zapomniał: to takie miejsce, gdzie dawniej chodziło się kupować muzykę) jest tam pretekstem do przedstawienia kilku ciekawostek związanych z branżą zdominowaną przez wielkie wytwórnie muzyczne.

Korn - Y'all Want a Single (Official Video)

Przekaz jest jasny: koncerny muzyczne to zło i producent wysokobudżetowej, muzycznej papki. Przyznam, że opinia ta wydaje się na tyle atrakcyjna, że w kolejnych latach przyjmowałem ją dość bezkrytycznie, widząc w muzycznym oligopolu przejaw choroby wykańczającej całą branżę.

Wrażenie to potęgował dość oczywisty fakt – przemysł rozrywkowy nie radził sobie z Internetem, co roku narzekając na spadającą sprzedaż muzyki na fizycznych nośnikach. Gdy dodamy do tego sitwę zawodowych antypiratów, nękających staruszki za (nie)pobranie kilku empetrójek, obraz branży muzycznej będzie jednoznacznie negatywny.

Bojownicy o wolność. Zarabiania cudzymi rękami

W takiej sytuacji dość łatwo o odwrócenie kota ogonem i błędne wnioski. Przykładem może być choćby piractwo przedstawiane jako walka o powszechny dostęp do dóbr kultury. Można się oczywiście spierać o rzeczywisty wymiar strat ponoszonych z powodu piractwa przez muzyków i przemysł muzyczny, jednak na biegunach tej dyskusji zawsze znajdą się dwie grupy interesów.

Kim Dotcom
Kim Dotcom

Z jednej strony będzie to przemysł rozrywkowy, z drugiej - przestępcy i szemrani biznesmeni, dla których piractwo jest po prostu źródłem dochodu. Świetnym przykładem obłudy towarzyszącej tej drugiej grupie jest choćby Kim Schmitz, znany szerzej jako Kim Dotcom.

Choć sposób jego zatrzymania i stawiane mu zarzuty mogą budzić kontrowersje, to przecież nikt, z wyjątkiem prawników Kima, nie zaprzeczy, że Megaupload był biznesem zbudowanym na fundamencie łamania praw autorskich. Oczywiście - trzeba krytykować prawne absurdy i tłumaczyć, że skopiowanie pliku nie powinno być równoznaczne kradzieżą (tę kwestię trafnie punktuje serwis StrataKazika.pl), chodzi jednak o coś innego. Niezależnie od tego, gdzie przebiega granica łamania prawa, osoby takie jak Dotcom nie są żadnymi bojownikami o wolność.

Dostosuj się lub giń

W tym miejscu dochodzimy do kolejnej, kluczowej kwestii – dystrybucji dóbr kultury, a muzyki w szczególności. Przez długi czas piractwo było (i często nadal jest) po prostu wygodniejsze. Człowiek, który wprowadził DRM na rynek muzyczny, był skończonym cymbałem – doprowadził do tego, że osoby płacące za muzykę były karane niewygodnymi ograniczeniami.

DRM to nic fajnego
DRM to nic fajnego

Poza moralnym nie było żadnego powodu, by kupować muzykę z DRM, gdy piracka kopia była nie tylko darmowa, ale też po prostu wygodniejsza. Po prawie dekadzie marazmu rynek muzyczny dojrzał jednak do cyfrowej dystrybucji. Zwiastunem zmian był sukces iTunes, który najpierw dał przykład branży, pokazując, że użytkownicy mogą i chcą zapłacić za muzykę, a następnie przestał nękać swoich klientów DRM-em. Kolejnym etapem dostosowania się przemysłu rozrywkowego do nowych czasów są usługi streamingowe zapewniające dostęp do muzyki za rozsądną opłatą lub nawet – z pewnymi ograniczeniami – za darmo.

I w tym momencie można – na pozór – skończyć ten artykuł optymistycznym podsumowaniem. Branża muzyczna nauczyła się działać w epoce Internetu, jej zyski po dekadzie ciągłych spadków w 2012 roku minimalnie wzrosły, a nawet dziadki z polskiego ZAiKSU rozumieją, że od cyfrowej dystrybucji nie ma odwrotu (no dobrze, przesadziłem – pewnie jeszcze nie rozumieją, ale w końcu ich olśni). Dostęp do muzyki stał się prosty, łatwy i tani, biznes się kręci, wszyscy są zadowoleni. Słowem, a właściwie trzema: raj na Ziemi.

Problem w tym, że to nieprawda.

Sztuka za pieniądze

Nowy model cyfrowej dystrybucji to tak naprawdę osłabienie wielkich wytwórni i wzmocnienie pośredników – sklepów z cyfrową muzyką, serwisów streamingowych czy nawet wyszukiwarek. Nareszcie! – krzyknie ktoś, pamiętający starą mantrę, że koncerny muzyczne to zło wcielone.

The Beatles - With A Little Help From My Friends

Choć o wielkich (i tych mniejszych też) wytwórniach można powiedzieć wiele złego, to jednak model, w którym to one rozdają karty na rynku, ma również swoje zalety. Jakie? Warto w tym miejscu zacytować Wojciecha Orlińskiego:

Alice In Chains - We Die Young (Official HD Video)

I choć gros wspieranych artystów będzie tworzyło lekkostrawną papkę, która ma dobrze brzmieć w radiu, trwać trochę ponad trzy minuty i przejść do chwytliwego motywu przed upływem 30 sekund, to zawsze znajdzie się jakiś Nick Terzo, który namówi prezesa Columbii do wysłuchania dema Alice in Chains.

W nowym modelu nie ma na to szans – aby zaistnieć, trzeba grać to, co schodzi na iTunes. Ambitne eksperymenty, o ile nie będą miały jakiegoś niewiarygodnego szczęścia, po prostu zgasną, zanim zdążą na dobre zabłysnąć. Statystyczna średnia gustu ma niestety tendencję do równania w dół, a bez silnej pozycji koncernów muzycznych nie widać na horyzoncie nikogo, kto mógłby się jej przeciwstawić.

Cóż – vox populi, vox dei. I zamiast czegoś na miarę „Bohemian Rhapsody” pokoleniowym hymnem staje się „Gangnam Style” czy – w lokalnym wydaniu - „Ona tańczy dla mnie”.

Udostępnij:
Komentarze (0)