Bzdury z Ministerstwa Kultury, czyli jak okradłem Kazika i Szwedów z In Flames

Zdjęcie dziewczyny z kolumnami pochodzi z serwisu Shutterstock.
Zdjęcie dziewczyny z kolumnami pochodzi z serwisu Shutterstock.
Łukasz Michalik

18.11.2014 08:28, aktual.: 18.11.2014 12:54

Zalogowani mogą więcej

Możesz zapisać ten artykuł na później. Znajdziesz go potem na swoim koncie użytkownika

Według geniuszy z Ministerstwa Kultury naraziłem moich ulubionych wykonawców na straty. Wiecie dlaczego? Bo kupiłem ich płytę, a następnie skorzystałem z niej w ramach przewidzianego prawem dozwolonego użytku. Absurd? Tak. Ale ten absurd to oficjalne stanowisko polskiego ministerstwa.

Zagotowałem się. Po prostu. Rzadko zdarza się, by działania urzędników wywołały u mnie jakąś żywszą reakcję – do wielu absurdów chyba się przyzwyczaiłem, inne mnie nie dotyczą, a jeszcze inne traktuję jako irytującą, ale w sumie całkiem niską cenę za przywilej mieszkania w pięknym kraju między Bugiem i Odrą. Tym razem poziom urzędniczej głupoty okazał się jednak trudny do zignorowania. O co chodzi?

Dziennik Internautów opublikował wczoraj ciekawy materiał, dotyczący tzw. dozwolonego użytku, czyli tego, co zgodnie z prawem możemy zrobić np. z kupioną płytą. Chodzi o oświadczenie Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, które stwierdza, że dozwolony użytek naraża artystów na straty, które trzeba im rekompensować. A na dodatek, że jestem tych strat bezpośrednim sprawcą. Dlaczego?

Obraz

Dozwolony użytek

Pod względem muzycznych przyzwyczajeń mentalnie zatrzymałem się w poprzedniej dekadzie - muzykę kupuję na płytach, a nie w postaci plików. Ani – tym bardziej – nie w postaci czasowego prawa do jej słuchania.

Wiem, że z takim podejściem jestem dinozaurem, ale lubię tę całą otoczkę związaną z fizycznymi nośnikami i świadomość, że żadna kłótnia w zespole czy niesnaski w wytwórni muzycznej nie pozbawią mnie ulubionych utworów. O ile z chmury mogą zniknąć (i znikają!) w każdej chwili, to usunięcie ich z mojej półki wydaje się mało prawdopodobne.

Jako właściciel płyty CD mogę z niej korzystać w ramach tzw. dozwolonego użytku. Nie wnikając w meandry polskiego prawa chodzi o to, że między innymi mogę sobie zripować płytę do pliku audio, aby posłuchać jej na sprzęcie innym, niż odtwarzacz CD.

Obraz

Człowiek nie wie, kiedy kradnie

I właśnie w tym miejscu – zdaniem ministerstwa – narażam artystę (wytwórnię, właściciela praw autorskich itd.) na straty, które trzeba pokryć z opłaty reprograficznej. Opłacani z naszych podatków urzędnicy napięli swoje zwoje mózgowe i wydalili nich światłą myśl: przerobienie Audio CD na MP3 czy FLAC to dla artysty strata.

Bo przecież mógłbym kupić osobno płytę i osobno pliki. Albo – idąc tokiem rozumowania urzędników - osobno pliki do słuchania na smartfonie Blackberry i osobno na iPodzie Nano. Osobno streaming na urządzenia Lenovo i osobno na HTC albo Apple. Przypomina mi to logikę, wyśmianą przez Radka Czajkę, twórcę strony StrataKazika.pl.

Za każdym razem, kiedy kopiujesz płytę swojego ulubionego artysty, pozbawiasz go części należnego mu dochodu. Wielkość tej straty można łatwo określić, mnożąc liczbę wykonanych kopii przez cenę detaliczną płyty. Nasz sprytny plan polega na automatycznym robieniu kolejnych kopii albumu „Hurra”. Kiedy kończy nam się miejsce na dysku, po prostu usuwamy stare kopie, by zrobić miejsce na następne.

Uznaliśmy, że to najprostszy sposób, żeby kogoś ograbić na dużą kasę. (…) Nie wiemy, niestety, co się stanie ze światem w momencie Kazika – chwili, kiedy Strata Kazika przekroczy PKB Ziemi.

Ci ludzie tworzą prawo

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Nie jest moim celem puste narzekanie. Nie załatwiam również swojej prywaty – posiadając muzykę na fizycznych nośnikach mogę czuć się stosunkowo bezpiecznie. Chodzi mi jednak o coś innego – o mentalność urzędników, dla których dozwolony użytek to generator strat i o interpretację praw autorskich, która staje się coraz bardziej oderwana od rzeczywistości.

Obraz

Jeśli takie jest stanowisko polskiego ministerstwa to zyskujemy tym samym obraz ludzi, którzy tam pracują. Ich znajomości realiów, świadomości technologicznych zmian i tego, że sposób słuchania muzyki jest obecnie inny, niż w latach 80. Albo, że istnieje muzyka, od której leśne dziadki z ZAIKS-u powinny trzymać się z daleka, bo jej twórcy nie życzą sobie być reprezentowani przez tę instytucję.

Sądząc po ostatniej deklaracji Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, jest z tym bardzo kiepsko.

Źródło artykułu:WP Gadżetomania
Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (64)