Czekając na Bonda: odtwórcy głównej roli

Czekając na Bonda: odtwórcy głównej roli
03.10.2008 19:35
Czekając na Bonda: odtwórcy głównej roli
Michał Matuszewski
Michał Matuszewski

Doskonale zdaję sobie sprawę, że próba sporządzenia rankingu odtwórców roli Jamesa Bonda spotka się z twardym oporem tych, których prywatne zestawienia wyglądają inaczej. Fani najlepszego szpiega Jej Królewskiej Mości potrafią być nieprzejednani, przy tym problem traktowany jest często ze śmiertelną powagą. To jeden z elementów fenomenu filmów o Bondzie - każdy z aktorów nadawał postaci inne cechy, a każdy z wielbicieli (i każda z wielbicielek), prawdopodobnie na skutek silnej identyfikacji, ma swojego najlepszego Bonda. Pytanie: ?Sean Connery czy Roger Moore?" przypomina dylemat: ?pomidorowa z ryżem czy z makaronem?". Prawie zawsze ma się faworyta, a wybór mówi więcej o człowieku, niż mogłoby się wydawać. Oto mój prywatny ranking, subiektywny i podyktowany aktualnym nastrojem. Nie jest to jednak jedynie sprawa gustu, więc jak najbardziej podlega dyskusji.

Doskonale zdaję sobie sprawę, że próba sporządzenia rankingu odtwórców roli Jamesa Bonda spotka się z twardym oporem tych, których prywatne zestawienia wyglądają inaczej. Fani najlepszego szpiega Jej Królewskiej Mości potrafią być nieprzejednani, przy tym problem traktowany jest często ze śmiertelną powagą. To jeden z elementów fenomenu filmów o Bondzie - każdy z aktorów nadawał postaci inne cechy, a każdy z wielbicieli (i każda z wielbicielek), prawdopodobnie na skutek silnej identyfikacji, ma swojego najlepszego Bonda. Pytanie: ?Sean Connery czy Roger Moore?" przypomina dylemat: ?pomidorowa z ryżem czy z makaronem?". Prawie zawsze ma się faworyta, a wybór mówi więcej o człowieku, niż mogłoby się wydawać. Oto mój prywatny ranking, subiektywny i podyktowany aktualnym nastrojem. Nie jest to jednak jedynie sprawa gustu, więc jak najbardziej podlega dyskusji.

382181961067951954

Tu nie może być niespodzianki. Ten australijski model chyba zgodnie uważany jest za najgorszego Jamesa Bonda. Zagrał tylko raz, w jednym z najsłabszych filmów z cyklu - W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości z 1969. Niby przystojny i elegancki, ale w sumie bez wyrazu, a do tego nieszczęśliwy. To właśnie w tym filmie Bond się żeni, by po dwóch godzinach owdowieć.

Kiedyś uważałem, że największą wadą *W tajniej służbie... *jest odejście od schematu - pokazanie szczerych uczuć: miłości i straty bliskiej osoby. Jednak przykład ?Licencji na zabijanie", a szczególnie najnowszego (jeszcze przez miesiąc) Bonda - Casino Royale - pokazuje, że chyba nie w tym rzecz. Być może chodzi po prostu o kreację głównego bohatera: Bond nie może przecież wzbudzać litości!

  1. Pierce Brosnan - Bond jak z obrazka

Od tego miejsca robi się już bardzo ciasno, więc decydują niuanse. Dla wielu najlepszy, a na pewno najprzystojniejszy James Bond. Daniel Craig i Roger Moore udowodnili jednak, że 007 wcale nie musi być śliczny. W zasadzie lubię filmy z Brosnanem, drażni mnie natomiast obecny wizerunek aktora: zamiast podstarzałego gentlemana mamy raczej do czynienia z facetem w typie tatusia. Bond po latach nie powinien sprawiać takiego wrażenia. W kreacjach Irlandczyka brakowało mi dystansu do postaci. Pokazał go natomiast w filmie Krawiec z Panamy, także wcielając się w rolę brytyjskiego szpiega, ale tym razem zimnego, cynicznego, posługującego się szantażem nieudacznika, który na Panamę został zesłany za karę. Jako Bond też przez moment jawi się bardziej ludzki - gdy upija się Smirnoffem, a raczej ?topi krzyki swoich ofiar" w Jutro nie umiera nigdy.

Brosnan zagrał w czterech filmach o przygodach Jamesa Bonda, były wśród nich jedne z lepszych w całym cyklu (Goldeneye, Świat to za mało), ale też porażki, jak Śmierć nadejdzie jutro.

Gdy sześć lat temu ten film wchodził na ekrany, myślałem, że Bond nie może przecież być zarośnięty, upokorzony, więziony i torturowany. O tym, jak się myliłem, kolejny raz przekonało mnie Casino Royale.

  1. Timothy Dalton - Bond szekspirowski
382181961068476242

Po serii filmów z Rogerem Moore'em potrzebna była odmiana, która wyszła postaci naszego agenta na dobre. Dalton ją uczłowieczył, nie gwałcąc przy tym bondowskiej umowności, chociaż już nikt ma wątpliwości, że James Bond to także bezwzględny morderca (we wspomnianym filmie traci tytułową licencję).

  1. Sean Connery - Bond klasyk

Rozumiem tych, którzy uważają legendarne kreacje tego szkockiego aktora za najlepsze i niedościgłe. Może niekiedy byłbym w stanie się z nimi zgodzić. Bond Connery'ego jest i niezwykle przystojny, i nieco szorstki, jest gentlemanem, ale potrafi też uderzyć kobietę. Jak wiadomo, Ianowi Flemingowi nie podobał się wybór odtwórcy agenta w pierwszych ekranizacjach powieści. Connery, zdaniem pisarza, był zbyt prostacki. W tej roli widział bardziej Davida Nivena (który z resztą wcieli się w agenta w Casino Royale z 1967, jednej z trzech nieoficjalnych bondowskich produkcji) albo Rogera Moore'a, który jednak zajęty był wtedy kręceniem* Świętego*. Jak się okazało, kino, szczególnie to z początku z lat 60., zwiastujące nadchodzące przemiany obyczajowe, rządziło się innymi prawami. Connery zagrał w siedmiu filmach o 007, w tym w kręconym poza oficjalną wytwórnią Nigdy nie mów nigdy.

Jak wspominałem, doceniam kreacje Connery'ego, subtelną grę między bezwzględnością i poczuciem humoru, przenikliwe spojrzenie. Jednak prawdziwą klasę aktor pokazał dopiero odcinając się od roli szpiega, gdy zapuścił brodę i do przesady podkreślił szkocki akcent (gdy obiera telefon, mówi ?Szon Konery szpiking"). To dość częste zjawisko, kiedy aktor - młokos zaczynający od kina rozrywkowego, popularnego - na starość staje się prawdziwym artystą. Podobnie było z Marlonem Brando, a w Polsce z Januszem Gajosem. Stąd dopiero trzecie miejsce w moim rankingu. Zdecydowanie bardziej sobie cenię Connery'ego od czasów Imienia róży i Nietykalnych, chociaż ubolewam, że coraz trudniej zdobyć mu się na oryginalność. Od kilkunastu już lat gra właściwie tę samą rolę podstarzałego gentlemana, niemalże mędrca z zasadami, nie wahającego się, mimo wieku, przed podejmowaniem trudnych wyzwań.

  1. Roger Moore - Bond błazen
382181961068934994
Źródło zdjęć: © [źródło](http://niezlekino.pl/images/2008/10/12001.jpg)

Tak jak filmy z Connery'm były pierwszą jaskółką tego, co stało się pod koniec lat 60.: rewolucji seksualnej i tego, co dziś nazywamy popkulturą, tak produkcje z Sir Rogerem były pełnym odzwierciedleniem tego, co się wydarzyło i w obyczajowości, i w twórczości artystycznej. Przede wszystkim filmy o Bondzie zyskały niespodziewany dystans do samych siebie. Bez wahania można powiedzieć, że lata 1973-1985 to era Bonda zdekonstruowanego, postmodernistycznego, jak kto woli. Filmy świadomie grają kiczem, campem i przerysowaniem, obnażając co chwila umowność opowiadanej historii i samej materii filmowej. To wszystko głównie za sprawą odtwórcy głównej roli. Moore nie tylko gra jednocześnie na dwóch poziomach, sam siebie parodiując, ale też jego postać pełna jest paradoksów. To zdecydowanie najmniej seksowny, albo lepiej, cielesny Bond, za to ma najwięcej kobiet.

  1. Daniel Craig - Bond morderca

Może to miejsce trochę na wyrost, ale jest ono wyrazem niezwykle miłego zaskoczenia pierwszą rolą Craiga jako szpiega Jej Królewskiej Mości, a zarazem pokładanych w nim, rozbudzonych nadziei, że kolejne filmy z jego udziałem będą równie dobre.

Nie brakuje tu humoru. Od znanego ?Mam to gdzieś" po tym, jak barman pyta ?wstrząśnięte, czy zmieszane?", po bardziej subtelny dowcip, jak nawiązanie do Dr No i powtórzenie słynnej sceny, w której Ursula Andres w bikini wychodzi z morza, tyle że z Danielem Craigem w roli głównej. Coż... filmy o Bondzie zawsze były zwierciadłem, w którym przeglądały się nasze czasy.

Mój zachwyt nad Casino Royale wynika z tego, że twórcom pierwszy raz bezboleśnie i z sukcesem udało się zmienić konwencję serii, uczłowieczając Bonda. Dotychczasowe próby: pijany Brosnan, zakochany Lazenby czy prowadzący prywatną vendettę Dalton, były zdecydowanie mniej przekonujące. Craig ma tu dużą zasługę, jego niezbyt przystojna, ale sroga twarz, w połączeniu z umiejętnościami aktorskimi i sporym dystansem do roli sprawiają, że łączy on w swojej interpretacji najlepsze cechy poprzedników. Po prawie pięćdziesięciu latach o Bondzie wiemy już prawie wszystko, dlatego umiejętnie wcielić się w rolę - to nie lada wyzwanie. Craig doskonale radzi sobie z pokazaniem tej niezwykłej dwuznaczności, która być może jest źródłem fenomenu Bonda - to bezwzględny morderca, któremu kibicujemy już pół wieku.

382181961069393746
Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (0)