Efekty niespecjalne: dlaczego efekty w filmach przestały robić wrażenie?

Strona głównaEfekty niespecjalne: dlaczego efekty w filmach przestały robić wrażenie?
28.07.2015 11:34
Zdjęcie projektora pochodzi z serwisu shutterstock.com
Zdjęcie projektora pochodzi z serwisu shutterstock.com
Michał Puczyński
Michał Puczyński

W kinie nie ma już magii, a wszystko przez owczy pęd i brak twórczego umiaru.

Jestem zmęczony filmami akcji i ich nieefektywnym efekciarstwem. W drugim Thorze mamy statki kosmiczne rozwalające Londyn, w Kapitanie - statki powietrzne rozwalające Waszyngton, w Avengersach – statki powietrzne rozwalające Nowy Jork. A ja ziewam i czekam na sceny dialogowe, bo to jedyna fajna rzecz u Marvela.

Niedługo do kin wejdą nowe Star Warsy, a ja jestem kompletnie obojętny, choć oryginalna trylogia to dla mnie filmy święte. Wiem, że scen akcji będzie wiele, i że będę ziewał na każdej z nich. Jak może nudzić mnie akcja tak szybka i efektowna, że zrywa beret ze łba? I kiedy właściwie zaczęły mnie nudzić efekty specjalne?

  1. Prehistoria

Współczesne kino zaczęło istnieć w roku 1941, z premierą Obywatela Kane'a. Orson Welles opracował reżyserskie i realizatorskie sztuczki, które są stosowane do dziś: segmenty stylizowane na serwisy informacyjne, szybki ruch kamery i jej natychmiastowe zatrzymanie (whip-pan), pełna głębia ostrości, sprawiająca że każdy element kadru jest wyraźny; filmowanie z niskich kątów, makijaż postarzający... Można by jeszcze długo. W każdym razie – właśnie wtedy filmy zaczęły być naprawdę efektowne.

Obywatel Kane
Źródło zdjęć: © RKO Radio Pictures
Obywatel Kane

Oczywiście nie znaczy to, że wcześniej efektowne wcale nie były, bo np. King Kong robił ogromne wrażenie. Rzecz w tym, że przed Wellesem efekty były oczywiste. Spece od FX robili dinozaury czy wielką małpę niszczącą miasto. Kane użył efektów do realizacji snuja o życiu potentata medialnego. Za ich pomocą sprawił, że efektowne stały się zwykłe sceny dialogowe albo establishing shoty, czyli widoczki przedstawiające miejsce akcji w planie ogólnym. Dzięki Wellesowi zmieniło się postrzeganie filmów, bo nagle okazało się, że możliwości prowadzenia narracji są o wiele większe, niż mogło by się wydawać.

Zwykle gdy rozwiązanie odnosi sukces, pojawiają się bezmyślni naśladowcy. Na szczęście Obywatel Kane tego uniknął – z trzech powodów. Raz, że nie sprzedał się tak dobrze, jak oczekiwała wytwórnia. Dwa – nie każdy film miał równie wysoki budżet. Trzy – technologia była wówczas ograniczona i trudna do opanowania, a nie każdy jest geniuszem na miarę Wellesa. Przez jakiś czas kino było bezpieczne.

  1. Oczekiwanie

Przez lata efekty stosowano rzadko i na małą skalę. Nawet jeśli od czasu do czasu pojawiały się powodujące opad szczęki produkcje – typu „Earth vs Flying Saucers” z niesamowitą animacją poklatkową legendarnego Raya Harryhausena – to na ekranie były widoczne łącznie przez kilka minut. Resztę niezbyt mądrego filmu wypełniały kiepskie sceny dialogowe.

Columbia Pictures
Źródło zdjęć: © Earth vs Flying Saucers
Columbia Pictures

Efekty były rzadkie, więc nie groziła im inflacja. Były tym elementem filmu, na który się czekało: widzowie godzili się na tortury, jakim poddawał ich scenarzysta, aby zobaczyć coś surrealistycznego. Nie było problemem nawet to, że w większości przypadków jakość efektów była porażająco słaba.

Widowiskowe gatunki filmowe (nie licząc wielkich kostiumowych epopei) uchodziło za kino gorszej klasy, niepoważne, i dlatego zwykle realizowano je najniższym możliwym nakładem środków. Wiele klasyków tandetnego s-f nakręcono w czerni i bieli nie dlatego, że nie było jeszcze kolorowej taśmy, ale dlatego, że tak było taniej. Filmidła zarabiały jednak sporo, a biznes się kręcił – bo widzów przyciągały efekty. Do kina szło się własnie na nie, a nie po to, żeby poznać ciekawą postać doktora Smitha, który musi wynaleźć broń przeciw kosmitom. Efekt był wartością samą w sobie; obudowywano go beznadziejnym filmem głównie po to, żeby uzasadnić cenę biletu.

  1. Zmiany

Postrzeganie s-f zmieniły trzy filmy: 2001: Odyseja kosmiczna (1968), Gwiezdne wojny (1977) i Obcy (1979). Wszystkie one traktowały temat poważnie, a to wymagało poważnego potraktowania efektów. Nie dość, że pojawiło się ich znacznie więcej – nie były już tylko elementami kulminacji, lecz malowały tło całej opowieści – to na dodatek jak nigdy wcześniej zaczął liczyć się ich realizm. Ekipa Kubricka praktycznie na nowo spisała zasady projektowania i filmowania miniatur. Ludzie Lucasa udoskonalili efekty uzyskiwane na kopiarce optycznej (nakładanie obrazów, np. efekty strzałów z lasera) i wynaleźli system motion control, umożliwiający dokładne powtarzanie ruchów kamery. Zespół Scotta z kolei osiągnął mistrzostwo w animatronice, czyli budowaniu ruchomych modeli potworów.

Już wtedy wszechobecność efektów zaczęła powodować ich dewaluację. Jeśli Powrót Jedi uważasz za momentami niedopracowany wizualnie i gorszy od poprzedników, to dlatego, że właśnie taki jest. Choć główne sceny efektowe – leśny pościg i bitwa w kosmosie – wyglądają absolutnie fenomenalnie, to rezultat osiągnięto kosztem całej reszty. Film mógł wyglądać lepiej, technologia na to pozwalała, ale nie było czasu i pieniędzy. Jeśli efekt osiągnął założone minimum jakości, przyklepywano go i przechodzono dalej.

Mimo tego wciąż efekty były specjalne. Po części dlatego, że stosowano je z głową: koszt wykonania był wysoki, więc nie pojawiały się w każdym kadrze; każde nieudane ujęcie oznaczało konieczność np. odbudowania zniszczonych eksplozją miniatur, więc kluczowe było planowanie; każde użycie kopiarki optycznej oznaczało pogorszenie jakości obrazu na taśmie, więc pracowano pieczołowicie i ostrożnie.

A potem przyszła grafika komputerowa.

  1. CGI

Przygody młodego Sherlocka Holmesa, Otchłań, Terminator 2, Park Jurajski – te filmy zmieniły kino, pokazując możliwości efektów komputerowych. Warto jeszcze wspomnieć o Tronie, choć tam znakomita większość to efekty tradycyjne i ręczna animacja, stylizowana tylko na komputerową.

Na początku lat 90., czyli wtedy, gdy dinozaury zamieszały w branży FX, nikt nie sądził, że technologia o ogromnych możliwościach tak bardzo się zdewaluuje. CGI – computer-generated imagery, czyli grafika komputerowa – tak bardzo kręciła widzów, że stała się marketingowym słowem-kluczem. Do dziś pamiętam plakaty i zwiastuny „Dziejów mistrza Twardowskiego”, gdzie sloganem reklamowym było bodajże „15 minut komputerowych efektów specjalnych”. Efekty co prawda były absolutnie koszmarne, ale było ich aż 15 minut, podczas gdy w Parku Jurajskim około pięć. Polak potrafi, Spielberg może nam buty czyścić! I ludzie szli do kina na te efekty, i byli nawet zadowoleni, bo „jak na polskie warunki...”.

Połowa lat 90. to najlepszy okres w historii FX. Efekty – te dobre – naprawdę były wtedy wyjątkowe, a do tego towarzyszyła im znośna treść, w przeciwieństwie do efektów z lat 50-60. Wbrew pozorom złoty okres przeżywały wówczas nie komputery, a tradycyjne metody analogowe. Koszt wykonania CGI wciąż był na tyle wysoki, że powszechnie uważany za festiwal komputerowej animacji „Dzień niepodległości” został wykonany w ok. 90% z użyciem modeli i miniatur. Oczywiście nikt nie zamierzał wyprowadzać widzów z błędu.

To nie efekt komputerowy, tylko farba rozpuszczona w słonej wodzie i model statku kosmicznego
Źródło zdjęć: © 20th Century Fox
To nie efekt komputerowy, tylko farba rozpuszczona w słonej wodzie i model statku kosmicznego

Filmy były więc efektowne, miały zabawnych bohaterów, a sceny akcji były charakterystyczne dla każdej produkcji. Raczej nikt nie pomyliłby „Dnia niepodległości” z „Armageddonem” - to zupełnie inna stylistyka. Problemy z identyfikacją zaczęły się na przełomie wieków.

W 1999 wyszedł Matrix, wprowadzając niezdrową modę na bullet time – ale to jeszcze dało się znieść. W 2000 jednak Coenowie zastosowali cyfrowy color timing w „Bracie, gdzie jesteś?”, czyli dzięki komputerom tak zmienili kolorystykę obrazu, by upodobnić film do starych pocztówek.

Filmowy światek pokochał tę sztuczkę i od tamtej pory wszystkie filmy wydają się monochromatyczne, mdłe i nudne. To, w połączeniu z coraz większymi możliwościami komputerów (i coraz niższymi cenami realizacji), spowodowało, że sceny efektowe upodobniły się do siebie i straciły charakter. Co gorsza, jednocześnie kamera wymknęła się spod kontroli.

  1. Realizm

Efekty sprzed lat, choć teoretycznie pełne wad, są bardziej przekonywające i robią większe wrażenie, bo wydają się namacalne. Jak wspomniałem, nie kombinowano wtedy jeszcze z color timingiem, więc niebo wyglądało jak niebo, a ludzka skóra jak ludzka skóra. Efekty miały swój kontekst w postaci realnego świata; łatwiej było uwierzyć, że oto widzimy prawdziwe miejsce, w którym dzieje się coś niezwykłego.

Druga sprawa: wydarzenia obserwowaliśmy z wiarygodnej perspektywy. Jako że wykorzystanie green screenu ograniczano do minimum, a sceny nie były w całości konstruowane w komputerze, grafikę komputerową nakładano na prawdziwy materiał zdjęciowy, wykonany prawdziwą kamerą przez operatora z ludzkimi ograniczeniami. To znaczy, że facet nie mógł wirować jak wariat wokół dwóch bijących się bohaterów, a następnie odlecieć w kosmos w tym samym ujęciu.

Dzięki temu, że kamera miała ograniczenia, wzrastało poczucie realności sytuacji: właśnie tak widzieliby akcję prawdziwi świadkowie. Dziś aktora można postawić na zielonym ekranie albo zastąpić cyfrową marionetką i dowolnie zmieniać perspektywę. Sytuację pogarszają drgawki operatora, które niby mają zwiększać dynamikę, a w rzeczywistości są rakiem toczącym kino od premiery drugiego Bourne'a w 2004 roku.

Plakat adekwatny do treści
Źródło zdjęć: © Cracked.com / Universal
Plakat adekwatny do treści

Choć modele i animacja są w nowych filmach perfekcyjne, dla mnie wyglądają sztuczniej niż cyfrowy T-1000 z 1991 roku, pokazany z perspektywy człowieka stojącego na ulicy. Nie kupuję rezultatu, bo nigdy nie obserwowałem niczego w taki sposób w prawdziwym życiu. Nie mam rozedrganego wzroku, nie śmigam wokół oglądanego miejsca, nie widzę świata przez błękitny filtr. Kiedy wszystko wygląda jak efekt specjalny, nic nim nie jest.

  1. Przesyt

Gwoździem do trumny efektów specjalnych jest ich wszechobecność. Nie dość, że są wszędzie, to na dodatek są wykorzystywane bezsensownie, przez co ich wartość maleje. W 1993 atrium zoo z dinozaurami wyglądało tak:

Jurassic Park, 1993
Źródło zdjęć: © Universal Pictures
Jurassic Park, 1993

Dziś wygląda tak:

Jurassic World, 2015
Źródło zdjęć: © Universal Pictures
Jurassic World, 2015

Nie mam pojęcia, co zdaniem reżysera ten hologram wnosi do filmu i dlaczego nie można było zastąpić go modelem albo szkieletem. Nie ma to większego sensu w kontekście fabuły, bo dbający o „efekt wow” włodarze parku zdradzają swoją największą atrakcję, zanim ktokolwiek zobaczy ją na żywo.

Efekt powstał, bo im więcej, tym lepiej; bo panuje przekonanie, że ludzie przyzwyczaili się do wielkich scen akcji, więc wrażenie mogą zrobić tylko sceny jeszcze większe. Parafrazując słowa Iana Malcolma: stworzenie tego efektu nie wymagało dyscypliny. Twórcy stanęli na barkach geniuszy, żeby osiągnąć coś tak szybko, jak to możliwe, i zanim się zorientowali, co tak naprawdę zrobili, opakowali to i zaczęli sprzedawać.

  1. Lek

Dla mnie to oczywiste, że lekiem na całe zło wyrządzone przez filmowców jest wstrzemięźliwość. Efekty powinny odzyskać realistyczny kontekst i stać się czymś rzadszym, cenniejszym i wyczekiwanym.

Być może powoli tak się dzieje. Wkrótce ukaże się ufundowany na Kickstarterze horror „Harbinger Down”, który zebrał pieniądze, ponieważ twórcy zapewnili, że wszystkie efekty zostaną wykonane analogowo, bez użycia komputera. To wprawdzie mały projekt, ale pierwsze oznaki zmian widać też w "wielkim świecie". Podobno J.J. Abrams uważa, że „namacalne jest lepsze” i dlatego zbudował prawdziwe scenografie do nowych Gwiezdnych wojen. Branża odzyskuje rozum?

Taaa. Uwierzę, jak zobaczę.

Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (21)