Jak Godzilla nauczyła mnie, o co chodzi w kinie

Jak Godzilla nauczyła mnie, o co chodzi w kinie
22.01.2014 23:24
Jak Godzilla nauczyła mnie, o co chodzi w kinie
Olga Drenda
Olga Drenda

Nie musi być doskonale, nie musi być realistycznie. Odświeżyłam sobie znajomość z Godzillą i odkryłam, co sprawiło, że kiedyś tak bardzo spodobały mi się gumowe potwory.

Całkiem przypadkiem, w poszukiwaniu materiałów do mojej duchologicznej kolekcji, trafiłam na wzruszający polski plakat do „Syna Godzilli” z 1967 roku. Tytułowy syn wygląda jak poturbowane przez los skrzyżowanie goryla z dinozaurem.

To nieoczekiwane spotkanie zachęciło mnie do przypomnienia sobie japońskiego potwora, którego kiedyś bardzo lubiłam, choć nigdy mnie nie straszył. Zwłaszcza że temat znów jest na czasie, bo Hollywood (niestety!) przymierza się do ponownego spotkania z Godzillą – po dość niefortunnym filmie z 1998 roku.

381424511171772138

Skąd się wzięła?

Wspomniałam wcześniej o gorylu? Okazuje się, że to dobry trop, bo podobno imię słynnego monstrum jest kombinacją japońskich wyrazów oznaczających goryla i wieloryba (tłumaczyłoby się więc na nasze jako „goryloryb” albo „wieloryl”).

Pochodzenie Godzilli jest jednak nieco bardziej złożone: pomysł na potwora jest kombinacją wpływów hollywoodzkich (za główną inspirację miał posłużyć „Potwór z głębin” z 1953), lokalnych legend i powojennej traumy Japończyków. Prehistoryczny potwór bowiem wyłonił się z oceanu na skutek promieniowania nuklearnego, ma radioaktywny oddech, a jego dinozaurze ciało nosi blizny charakterystyczne dla ofiar ataków atomowych.

Pierwszy film o Godzilli, „Godzilla, król potworów”, powstał w wytwórni Toho w roku 1954. Lata 50. to okres przełomowy dla japońskiego kina; powstają wtedy nie tylko jego największe arcydzieła, ale także lokalne odmiany kina rozrywkowego: filmy animowane (anime) i kaiju, czyli filmy o potworach.

Jaszczur i małpa

Pierwsza „Godzilla” w reżyserii Ishiro Hondy jest rówieśnikiem „Siedmiu samurajów” Akiry Kurosawy. W kaiju głównymi bohaterami są tajemnicze monstra, które z różnych powodów zaczynają atakować ludzkie siedziby. Zdarza się, że bohaterowie dwóch różnych filmów kaiju spotykają się na planie trzeciego, żeby stoczyć tam walkę. Tak stało się w przypadku Mothry albo Króla Ghidorah, którzy na początku wystąpili jako bohaterowie swoich własnych filmów, aby następnie stoczyć pojedynek z Godzillą.

W 1962 gatunek zyskał wymiar międzykontynentalny: japońska Godzilla spotkała bowiem King Konga. Później jakiekolwiek granice stały się nieistotne: 1965 powstała nawet amerykańsko-japońska produkcja typu kaiju, której bohaterem był Frankenstein.

King Caesar we własnej osobie
King Caesar we własnej osobie

Siła sentymentu

Do dzisiaj lubię wracać do pierwszych filmów o Godzilli – tych z lat 50., 60. i 70. Poznawałam je jako dziecko dorastające w złotej epoce polskich wypożyczalni wideo i wspominam je z dużym sentymentem. Co prawda miałam do wyboru filmy stojące na o niebo wyższym poziomie technologicznym, mniej zgrzebne i pokraczne, ale z jakiegoś powodu to właśnie japońskie starocie bardzo mi się podobały.

Być może dlatego, że ukazują pomysłowość w tworzeniu kostiumów i efektów specjalnych w czasach, gdy technologia nie pozwalała na szaleństwa i fajerwerki znane z dzisiejszego kina.

Sam główny bohater był na początku grany przez aktora w lateksowym kostiumie, a wydawany przez niego charakterystyczny ryk powstawał przez pocieranie gumową rękawiczką o struny kontrabasu. Pamiętam swoją dezorientację, gdy jako smarkula zorientowałam się, że oczy Kinga Caesara w „Godzilla kontra Mechagodzilla” podejrzanie przypominają reflektory, mniej więcej takie jak w Fiacie 125p.

Być może to był moment, w którym odkryłam, na czym polega magia kina. Nie chodzi o to, żeby było jak w rzeczywistości. Wręcz przeciwnie: najlepsze w kinie jest to, że wszystko dzieje się na niby, i dobrze o tym wiemy.

Kiedy na scenę wkroczyła animacja komputerowa, „Godzille” przestały mnie interesować. Stały się zbyt zaawansowane i straciły swój urok. Na nowy film, zapowiadany na ten rok, też raczej się nie wybiorę. Za to chętnie przypomnę sobie ponownie reflektorowe oczy Kinga Caesara.

Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (1)