W hotelu w najlepsze działało kasyno, wokół wejścia do niego jak muchy krążyli Azjaci i Rosjanie. „Traćcie, traćcie, coście na nas zarobili tym zadrożonym gazem” - pomyślał Sławek. „Znowu ktoś palnie sobie w łeb” - pomyślał Sadowski, a potem nie myśleli już nic, bo dali się pochłonąć wirowi złożonemu z rozbrzmiewającej w holu amerykańskiej kolędy, zaaferowanej obsługi, przerażonego pijarowca hotelu, który błagał ich, aby tego nie rozgłaszać (naiwniak), z techników, z lekarzy, z mnóstwa niepotrzebnych innych policjantów... Rzecz w tym, że Sadowski ze Sławkiem byli z dochodzeniówki, a na miejscu zastawali jeszcze dwa inne podmioty uważające się za najważniejsze: prokuratora i kryminalnych. O ile prokuratora mogli jakoś znieść, szczególnie, gdy nie wtrącał się do śledztwa, z kryminalnymi toczyła się odwieczna wojna i rywalizacja. Rzecz w tym, że kryminalni prowadzili jakby swoje własne, niezależne śledztwo w śledztwie, często w ogóle nie dzieląc się z dochodzeniówką ustaleniami. Kompetencje tych dwóch podmiotów wciąż się krzyżowały, a zamiast współpracy była rywalizacja. Teraz też z wściekłością odnotowali, że na miejscu znajduje się prokurator, którego delikatnie mówiąc, nienawidzą, a nie delikatnie: chętnie by zabili, rozcięli i porozrzucali jelita, jak „Ksiądz”. W pokoju na ósmym piętrze węszyło też trzech bardzo zarozumiałych kryminalnych, co jeden to bardziej macho (tacy by oglądali Cacko z dziurką!), w ogóle nie kojarzący drugiej sprawy, święcie przekonani, że chodzi o jednorazowy wypadek. Zresztą, prokurator też robił wszystko, żeby zatuszować „seryjność”.