Piraci – złodzieje czy bohaterowie, bez których nie byłoby w Polsce niczego?

Piraci – złodzieje czy bohaterowie, bez których nie byłoby w Polsce niczego?
08.02.2013 16:00
W kraju nad Wisłą więcej piratów niż na Karaibach (Fot. "Piraci z Karaibów")
W kraju nad Wisłą więcej piratów niż na Karaibach (Fot. "Piraci z Karaibów")
Marta Wawrzyn
Marta Wawrzyn

Za pieniądze Ministerstwa Kultury powstał raport "Tajni kulturalni", którego tematem są szeroko pojęci polscy piraci – tłumacze napisów, opiekunowie pirackich serwerów z grami, użytkownicy serwisu Chomikuj. Choć są to działania (zazwyczaj) niezgodne z prawem, ich rola została przez autorów w zaskakujący sposób doceniona.

Za pieniądze Ministerstwa Kultury powstał raport "Tajni kulturalni", którego tematem są szeroko pojęci polscy piraci – tłumacze napisów, opiekunowie pirackich serwerów z grami, użytkownicy serwisu Chomikuj. Choć są to działania (zazwyczaj) niezgodne z prawem, ich rola została przez autorów w zaskakujący sposób doceniona.

Trochę czasu mi to zajęło, ale przeczytałam w końcu wydany w styczniu 79-stronicowy raport "Tajni kulturalni" (dostępny tutaj), o którym media donosiły w dość lakonicznych i nie do końca oddających stan faktyczny komunikatach. Nad dokumentem warto się pochylić, bo pokazuje obraz polskiego piractwa, którego ewidentnie nie chcieli widzieć politycy podpisujący rok temu porozumienie ACTA.

Autorzy oczywiście nie stwierdzają wprost, że piractwo to samo dobro, wyraźnie podkreślają oczywiste problemy i dylematy z nim związane (przede wszystkim fakt, że piraci łamią prawo). Ale też punktują zasługi osób, które wrzucają pliki na Chomikuj, prowadzą alternatywne serwery z grami czy tłumaczą filmy i seriale, czasem niedostępne w Polsce w oficjalnym obiegu.

Autorami raportu są kulturoznawcy, medioznawcy i socjologowie, z dr. Mirosławem Filiciakiem na czele. Wśród komentatorów, których artykuły można poczytać na marginesie, jest m.in. Edwin Bendyk z "Polityki".

Dobra robota, piracie?

Żyjemy w czasach, kiedy z jednej strony następuje utowarowienie kultury, a z drugiej jej cyfryzacja. Rynek spotyka się z tradycją dzielenia się, pożyczania sobie, która dzięki nowym technologiom weszła na nowy poziom. Jak piszą autorzy raportu, "tajni kulturalni" (bardziej znani jako piraci) to ludzie, którzy stoją w centrum konfliktów z tym związanych.

Ludzie, którzy dzielą się tym, co mają, poświęcają wolny czas na tłumaczenie, gromadzenie zbiorów czy opiekowanie się społecznością graczy, a jednak cały czas żyją ze świadomością, że robią coś, czego robić nie powinni. Że za chwilę może do nich wpaść policja i zarekwirować komputery.

Mimo że łamią prawo bądź działają na jego granicy, odwalają kawał dobrej roboty. Owszem, można ich uważać za pasożytów, ale trzeba też zauważyć jedną rzecz: bez nich Polacy mieliby ograniczony dostęp do dóbr kultury. Bohaterowie raportu odgrywają rolę parainstytucji kulturalnych, ich działania mają wpływ na dziesiątki tysięcy (i więcej) ludzi. Część z nich ma uznane wśród internautów "marki".

Kto pójdzie za piratem? (Fot. Flickr/ Yodel Anecdotal/Lic. CC by)
Kto pójdzie za piratem? (Fot. Flickr/ Yodel Anecdotal/Lic. CC by)

Naruszają ustawę o prawie autorskim, z reguły świadomie. Rozdają za darmo coś, co można by sprzedać, więc są najbardziej szkodliwi z punktu widzenia właścicieli praw autorskich.

Pirat, czyli nieoficjalna instytucja kulturalna

Rozmówcy autorów "Tajnych kulturalnych" nie mówią "językiem działań kulturalnych", nie zdają sobie sprawy z tego, że prowadzą działalność kulturalną, ale de facto to robią. Są swego rodzaju instytucjami kulturalnym i często działają na zasadach podobnych do prawdziwych instytucji kulturalnych.

Jak pisze dr Mirosław Filiciak, to właśnie dzięki nim wiele osób dociera do treści, których np. nie ma w ofercie mediów masowych albo z innych powodów są trudno dostępne.

Nie potrafiliby ich znaleźć, w niektórych przypadkach – nie byłoby ich stać na dostęp do nich. Dla innych to, co pozornie osiągalne, byłoby w istocie niedostępne ze względu na braki kompetencyjne – na przykład nieznajomość języka. Dla jeszcze innych byłoby niezrozumiałe, bo oparte na obcych kodach kulturowych.

Ponadto ci ludzie odgrywają rolę gatekeeperów czy arbitrów kulturalnych. Nie tylko udostępniają czy tłumaczą, ale też selekcjonują i rekomendują, przetwarzają globalny produkt na coś bliskiego zwykłemu człowiekowi. Często stają się na tyle znani, że ich rekomendacjami zaczynają kierować się rzesze odbiorców. Współkreują trendy.

Polska tradycja kopiowania

Przy okazji debaty nad ACTA mogliśmy usłyszeć w mediach, że Polacy są narodem piratów. Pojawiały się kontrowersyjne komentarze mówiące choćby o narodowej tradycji złodziejstwa. Autorom "Tajnych kulturalnych" ten punkt widzenia jest obcy.

Przywołują Raviego Sundarama, autora pojęcia "piracka nowoczesność", który twierdzi, że kopiowanie i recykling to sposoby działania przedstawicieli społeczeństw znajdujących się na obrzeżach światowej produkcji i innowacji. Polska też jest importerem treści, stąd taki ruch w naszej Sieci.

Wśród bohaterów raportu nie ma głębszej refleksji na temat tego, co robią, nie ma poczucia bycia częścią ruchu czy sprzeciwu wobec działań wielkich korporacji. Nie ma świadomości współtworzenia jakiejś "zmiany". Po prostu robią, co lubią i uważają za słuszne, a de facto wyrównują różnice w dostępie do dzieł kultury.

Po części chodzi tu o problemy ekonomiczne (czyli o to, że tych, którzy interesują się filmem, nie stać na to, żeby chodzić kilka razy w tygodniu do kina albo kupować wszystko na DVD), po części o niedostępność czy znacznie opóźnione premiery filmów czy seriali. "Tajni kulturalni" chętnie obsługują nisze, które uważają za wartościowe.

Czasem ich działaniami kieruje nie odpowiedź na niedobór, ale właśnie potrzeba selekcji, ograniczania nadmiaru, wybierania tego, co ciekawe. Piraci czy tłumacze pozwalają zaistnieć nowym tematom i nowym dziełom, rzeczom, które nie są obecne w codziennym dyskursie.

Piracka flaga podczas skoków narciarskich (Fot. Flickr/DrabikPany/Lic. CC by)
Piracka flaga podczas skoków narciarskich (Fot. Flickr/DrabikPany/Lic. CC by)

Według autorów raportu niezależnie od pobudek kierujących tymi osobami to, co robią, ma związek z polską tradycją wywodzącą się jeszcze z PRL-u – kopiowania, dzielenia się tym, co się zdobyło, chomikowania. Podobny do tego, co działo się w PRL-u, jest głód tego, czego nie ma, co jest trudniej dostępne. Wtedy wielokrotnie przegrywało się jedną kasetę, teraz sięga się do Internetu.

Kopiści, czyli bohaterowie?

Najmocniejszy w swojej wymowie jest chyba tekst Marka Krajewskiego, profesora socjologii z UAM w Poznaniu, zatytułowany "Kopiści – cisi bohaterowie naszych czasów". Autor nie ma wątpliwości, że piraci, jak średniowieczni kopiści, którzy przepisywali księgi, dodając coś od siebie, tworzą nowe dobra i wprowadzają je do obiegu kultury.

Mechaniczna reprodukcja uczyniła niewątpliwie kulturę dużo bardziej demokratyczną i egalitarną, sprawiła ona też, iż jest ona zróżnicowana, dokładniej przylega do ludzkiej różnorodności i różnorodność tę wzmacnia. (...)

Kopista nie tylko powiela, uprzystępnia, obramowuje, kontekstualizuje, ale też zaświadcza swoją, najczęściej bezinteresowną, ciężką pracą, iż to, co robi, jest wartościowe.

Kopiści to kompetentni uczestnicy kultury, który proponują innym swoją interpretację i hierarchię. Formują społeczności, które chcą korzystać z określonych dóbr kultury. Zwiększają grupę zainteresowanych konkretnym dziełem. Ulepszają oficjalne instytucje kultury, kreując odbiorcę wymagającego, domagającego się uwzględnienia jego potrzeb, które często są bardziej wyrafinowane.

Zdaniem Krajewskiego dzięki kopistom odradzają się kina studyjne, bo ludzi zaczęły męczyć multipleksy. Ale te zmiany nie pojawiły się samoistnie, to wzięło się z Internetu, w którym dyskusje o niszowych filmach były pierwsze.

Tylko wyjątkowo nieżyczliwa interpretacja mogłaby prowadzić do utożsamienia działań cichych bohaterów Sieci z przestępczością, oni sami zresztą demonstracyjnie odcinają się od tych, którzy czerpią materialne korzyści z nielegalnego wprawiania zasobów kultury w ruch.

Krajewski nie ma wątpliwości, że dzięki piratom korporacje, które robią, co mogą, by ich wykończyć, zyskują:

200 zł za wywiad, a i tak nie chcą rozmawiać

W końcu zebrano ciekawą grupkę. Znaleźli się w niej nastolatkowie, dorośli kinomaniacy, a nawet starsza pani zamieszczająca ewangelizujące pliki w serwisach Chomikuj i YouTube. Historie są bardzo ciekawe – zainteresowanych odsyłam do dokumentu. Warte uwagi są też fragmenty dotyczące kulis pracy "tajnych kulturalnych" – jak tworzą społeczności, jak wygląda opieka nad nieoficjalnym serwerem, jak niektórzy tworzą kolekcje na Chomikuj.

Jak stwierdzają autorzy raportu, zainteresowanie internautów to dla nich wszystkich "społeczny dowód słuszności", że ich praca ma sens.

Co ma do rzeczy moralność?

Tezy zawarte w raporcie starają się omijać tradycyjne pojęcia dobra i zła. Pada też w nim stwierdzenie, że nawet jeśli ci ludzie łamią prawa autorskie, to nie można ich oceniać wprost jako przestępców. Zasady moralne czy przykazania religijne też są obok tego wszystkiego - jakby nie miały tu w ogóle zastosowania.

Piractwo na własny użytek nie jest postrzegane przez "tajnych kulturalnych" jako coś złego. Pirat to dla nich ktoś, kto czerpie zyski, na przykład pan sprzedający płyty na stadionie. Jeśli coś ukradniemy i to sprzedamy, to robimy źle. Natomiast pirat sieciowy to hobbysta, człowiek, który chce i może przekazać coś innym. Taki pirat jest dobry. Z przynależności do "prawdziwych", ideowych piratów można czuć się dumnym.

Co na to Bóg? (Fot. Flickr/ mugley/Lic. CC by-sa)
Co na to Bóg? (Fot. Flickr/ mugley/Lic. CC by-sa)

Konfliktu między przykazaniem "Nie kradnij" a wrzucaniem spiraconych filmów na YouTube nie widzi nawet pani Zofia, która stara się ewangelizować. Kiedy wybuchła awantura wokół ACTA, zaczęła się obawiać, czy coś jej nie grozi. Ale gdy udało jej się zainteresować wrzuconym przez siebie filmem muzułmanina, machnęła na wszystko ręką, uznając, że to, co robi, musi być dobre.

"Nawet wśród księży zdarzają się różne opinie" – mówi.

A co z prawem?

Dylematy natury prawnej są integralną częścią bycia w tym "biznesie". Ale osoby, które wystąpiły w "Tajnych kulturalnych", niełatwo przestraszyć. Poza tym wiele z nich robi to, co robi, bo uważa, że to słuszne. Nie rozumieją, dlaczego prawo jest egzekwowane wybiórczo – np. dlaczego Chomikuj.pl blokuje komuś pliki, a inni je chomikują u siebie i tam już nie są blokowane. Albo dlaczego z YT znika cały film, bo jest w nim jakaś piosenka.

Zdają sobie sprawę, że działają albo na pograniczu prawa, albo je łamią, jednak swoich działań nie zaprzestają. Tłumacze przycichli po nalocie na Napisy.org, ale w końcu wrócili do tłumaczenia. Większość z przepytywanych osób uważa, że nie robi nic zdrożnego i nie rozumie bądź nie chce rozumieć prawa. Równocześnie nie są oni wyznawcami ideologii hakerskiej, nie mają przekonania, że kultura ma być wolna. Po prostu chcą dalej spokojnie pracować na swoim poletku. Uważają, że są potrzebni.

I mają wiele racji. Politycy bardzo dużo mówią o tym, jak ważny jest dostęp do dzieł kultury, ale nie dbają o to, by go zapewnić. W telewizji publicznej, za którą możemy niedługo wszyscy zostać zmuszeni płacić abonament, niezależnie od tego, czy ją oglądamy, czy nie, brakuje oferty dla wymagającego widza.

Chcesz wiedzieć więcej? Znajdź sobie sam. To wyszukiwanie i "pożyczanie" za darmo interesujących nas filmów, seriali, e-booków itd. opanowaliśmy jako naród całkiem nieźle. Po części dlatego, że wciąż jesteśmy głodni tego wszystkiego, czego jeszcze 30 lat temu mieć nie mogliśmy, a teraz mamy, ale nadal nie jest to tak łatwo i nie tak tanio dostępne jak na szczęśliwym Zachodzie.

Polakom przydałby się Netflix
Polakom przydałby się Netflix

Jeśli kiedyś pojawi się u nas Netflix i zaproponuje równowartość 7,99 dolarów za wszystko, czego dusza zapragnie, wielu z nas pewnie chętnie zapłaci. Tak jak dziś płacimy choćby za Deezera. Wielkie korporacje, w szczególności amerykańskie, na razie jednak zdają się mieć resztę świata w głębokim poważaniu.

Zamiast oglądać "The Big Bang Theory" dzień po amerykańskiej premierze, oglądamy je z kilkumiesięcznym opóźnieniem, z niechlujnym tłumaczeniem i lektorem zagłuszającym co zabawniejsze momenty. O bardziej niszowych serialach czy filmach z państw innych niż USA to już w ogóle nie ma co marzyć. Dopóki to się nie zmieni, będziemy wiedli prym w piractwie. Bo Polak, jak wiadomo, potrafi. Zwłaszcza kiedy odmówi mu się do czegoś prawa.

Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (0)