Piractwo w Polsce: PRL, kasety VHS i książki

Strona głównaPiractwo w Polsce: PRL, kasety VHS i książki
24.07.2015 08:37
Zdjęcie kasety VHS pochodzi z serwisu Shutterstock
Zdjęcie kasety VHS pochodzi z serwisu Shutterstock
Tomek Kreczmar
Tomek Kreczmar

Wszystko zaczęło się jeszcze w czasach PRLu, w analogowym świecie kaset VHS i książek drugiego obiegu. Wówczas piraciliśmy, by mieć dostęp do kultury, sztuki i rozrywki. Z czasem z handlu nielegalnym towarem zrodziły się potężne biznesy. Niektóre przetrwały do dziś…

Aktualnie cyfrowe piractwo powszechnie uznawane jest za przestępstwo w białych rękawiczkach. Wiele portali korzysta z faktu, że użytkownicy nawet nie zdają sobie sprawy z nielegalności umieszczonych na nich filmów, muzyki czy książek. Ta nieświadomość jest swego rodzaju punktem wspólnym historii piractwa w naszym kraju.

Targowiska

Bazary nie są niczym niezwykłym na całym świecie. Mamy arabskie suki działające codziennie. Są targowiska sezonowe. Mamy okazjonalne jarmarki. Wreszcie mamy szeroko reklamowane targi różnych usług, a nawet targi pracy. Idea ich funkcjonowania jest oczywista.

W Polsce lat 80. XX wieku w zasadzie w każdym większym mieście funkcjonowały regularne miejsca targowe. W każdy weekend w konkretnym miejscu od rana można było zakupić trudno dostępne w sklepach dobra lub też sprzedać coś, co nie było nam potrzebne. Na większych targowiskach w naturalny sposób tworzyły się obszary specjalizacji – w jednym zakątku sprzedawano ubrania, w innym książki, a jeszcze w innym jedzenie.

Handel na Stadionie Dziesięciolecia
Źródło zdjęć: © Fot. Wikimedia Commons
Handel na Stadionie Dziesięciolecia

Analogowi piraci

W zamierzchłych latach 80. cyfryzacja w Polsce stawiała pierwsze kroki. Nieliczne komputery można było nabyć tylko w specjalnych sklepach za tzw. walutę wymienialną. Nie były one zatem dobrem powszechnym. I wpierw nie było specjalnego zapotrzebowania na oprogramowanie.

Polacy byli jednak głodni rozrywki „zgniłego zachodu” – wychodzących tam książek i filmów. W naszym kraju ukazywały się nieliczne tytuły, zwykle pisarzy „państw sprzymierzonych”. Z kinem było jeszcze gorzej, bowiem nieliczne filmy najczęściej wchodziły na ekrany z wielomiesięcznym, a nawet wieloletnim opóźnieniem. Magnetowidy dopiero się rozpowszechniały, a i nabycie takiego sprzętu wymagało posiadania waluty.

Książki

Dlatego też na pierwszy „piracki” ogień poszły książki i to pomimo reglamentacji papieru czy ograniczonego dostępu do drukarni. Pozycje te można było kupić głównie na bazarach, a ich cena czasem 10-krotnie przewyższała cenę normalnie wydawanych pozycji.

"Folwark zwierzęcy"
Źródło zdjęć: © Fot. Swistak.pl
"Folwark zwierzęcy"

Z jednej strony wydawano literaturę drugiego obiegu, czyli dzieła polityczne – choćby „Rok 1984” i „Folwark zwierzęcy” Orwella nie był inaczej dostępny, nie mówiąc już o opracowaniach poświęconych Katyniowi itd. Z drugiej zaś pojawiały się książki zupełnie rozrywkowe, oficjalnie wydawane „na zasadzie rękopisu” w nakładzie 100 egzemplarzy (zwykle był on 10, nawet 20 razy większy).

381733413407440618

Były wśród nich powieści fantastyczne (od kolejnych części Diuny po przeróżne Conany oraz nieśmiertelne Gwiezdne Wojny) czy kryminały (cały MacLean). „Wydawcy” nie wybierali książek wedle jakiegoś klucza. Nie płacili autorowi ani agentowi. Niemalże każda książka zachodniego autora, jaką udało się zdobyć, pojawiał się w lepszej lub gorszej postaci drugiego obiegu. Tłumaczenia były różne, druk także, zawartość niemalże nieznana, a na okładkach rządził Boris Valejo, również bezprawnie wykorzystany.

381733413407571690

Wraz z przełomem lat 80. i 90. wielu wydawców drugiego obiegu szybko przemieniło swój umiarkowanie legalny biznes w całkiem sprawnie funkcjonujące przedsiębiorstwa. Część z nich szybko zniknęła z rynku, ale niektóre, jak Amber, funkcjonują do dziś.

Kasety

Książkę każdy mógł przeczytać, ale do obejrzenia filmu potrzebne było albo kino, albo specjalny projektor, albo magnetowid – innej możliwości podówczas nie było. Szybko okazało się, że technologicznie najwięcej opcji oferują kasety VHS. Przegrywanie było żmudne (w tempie 1:1) i traciło się przy tym na jakości, ale wymagania były i tak niższe niż w pozostałych przypadkach.

381733413407768298

Dlatego też bardzo szybko pojawiły się na targowiskach osoby wymieniające się kasetami oraz zwykli handlarze – w Warszawie rządził choćby bazar pod Pałacem Kultury czy Stadion Dziesięciolecia. Filmy były tłumaczone często równie źle co książki drugiego obiegu, amatorsko nagrany lektor zabijał całą ścieżkę dźwiękową, a obraz pozostawiał wiele do życzenia. Niemniej dla wielu była to jedyna okazja, by bliżej zapoznać się z Van Dammem czy Schwarzeneggerem. Po prostu magnetowid był prawdziwym oknem na świat w epoce dwóch programów telewizyjnych oferujących średnio ciekawe produkcje.

Z czasem i ten rynek, który tworzyli ludzie nie znający kwestii praw autorskich, kopiujący okładki na ksero i przegrywający po dwa filmy na jedną kasetę, również się unormował. Na początku lat 90. pojawiło się choćby ITI Home Video oferujące najlepsze wówczas filmy.

Programy

Komputerowe oprogramowanie stało o poziom wyżej od magnetowidu, jeśli chodzi o skomplikowanie. Nie dość, że trzeba było mieć drogi, trudny do dostania sprzęt, to na dodatek konieczny był dobry magnetofon, a najlepiej stacja dysków. Kłopotów było znacznie więcej, ale i komputery budziły silniejsze emocje niż książki i filmy. Stąd też w naturalny sposób fani tej zupełnie nowej i nieznanej szerzej technologii zaczęli spotykać się we własnym kręgu.

A ponieważ mieli większe wymagania – choćby zapotrzebowanie na zasilanie swych komputerów – powoli przenosili się z bazarów i targowisk na giełdy, jak z czasem nazwano te spotkania. Giełda zaś to „organizowane w ustalonym miejscu i czasie spotkania handlowe”, nie „wydzielony teren przeznaczony do handlu, zazwyczaj na otwartej powierzchni”…

Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (7)