Polska Dolina Krzemowa? Wolne żarty. Nie było jej i nie będzie!

Polska Dolina Krzemowa? Wolne żarty. Nie było jej i nie będzie!25.01.2013 09:00
Serio? Może w alternatywnej rzeczywistości...
Serio? Może w alternatywnej rzeczywistości...

Mrzonki o tym, że polska firma stanie się w branży IT graczem na miarę Apple’a czy Microsoftu, pojawiły się jeszcze w połowie lat 80. Co pewien czas słyszymy również o genialnych polskich projektach, z których zazwyczaj niewiele wychodzi. Pech, spisek czy może coś innego?

Mrzonki o tym, że polska firma stanie się w branży IT graczem na miarę Apple’a czy Microsoftu, pojawiły się jeszcze w połowie lat 80. Co pewien czas słyszymy również o genialnych polskich projektach, z których zazwyczaj niewiele wychodzi. Pech, spisek czy może coś innego?

Niespełniona przepowiednia

Dawno, dawno temu, w czasach słusznie minionych, pewien minister do spraw młodzieży, odpytywany przez Grzegorza Onichimowskiego i Romana Poznańskiego z „Bajtka”, powiedział wspominane do dziś słowa:

Uważam, że Bajtek może założyć firmę, która powtórzy karierę Apple’a.

No cóż, uważać każdy może, ale czy było w nich choć trochę racji? Apple wykorzystał swoją szansę i od 1987 roku z dużej firmy stał się molochem. Doszło do tego, że jego giełdowa wycena kilka miesięcy temu była porównywana z PKB Polski, co zresztą stało się przyczyną gwałtownych protestów i wyjaśnień, że porównanie jest bez sensu. Jak tłumaczyły mądre głowy, Apple był wart 500 mld, a PKB kraju nad Wisłą sięgał aż 513 mld i że z PKB trzeba porównywać apple'owski przychód, a nie wartość całej firmy. Uff, czujni dziennikarze i blogerzy uratowali honor kraju.

Od 1987 roku, gdy Bajtek opublikował mrzonki o polskim Apple'u, na pozór zmieniło się wszystko. Gospodarkę centralnie planowaną zastąpiła rynkowa, moc obliczeniowa ówczesnych superkomputerów znajduje się w byle telewizorach, smartfony umożliwiają nam błyskawiczny dostęp do niemal całej wiedzy znanej ludzkości, a kapitalistyczne wynalazki w stylu puszki Coli i cynamonowej gumy do żucia przestały być oznaką statusu. Nawet na marcowy CeBIT możemy wybrać się bez tych wszystkich granicznych formalności, a do tego partnerem targów jest w tym roku Polska.

Jest zatem inaczej, ale czy tak naprawdę coś się zmieniło? Tak, podobnie jak ćwierć wieku temu technologiczne serce świata bije w Kalifornii. I podobnie jak ćwierć wieku temu to Apple i Microsoft tworzą cyfrowe imperium, a różnica polega na tym, że dominacja amerykańskich firm jest jeszcze większa za sprawą powstałych w tym czasie Google’a czy Amazonu.

Mądrzy i zdolni. Świetni pracownicy

Czyżby w Polsce nie było ludzi zdolnych do stworzenia świetnych usług lub produktów? Gdyby oceniać sytuację po wynikach różnych konkursów programistycznych, można by się zdziwić, że programowanie nie stało się polskim sportem narodowym na miarę skoków narciarskich, wyścigów Formuły 1 czy, w ostatnich latach, biegów narciarskich i tenisa.

A zatem polscy programiści jeżdżą po świecie, zdobywają nagrody, ściskają znane dłonie, wracają w glorii i chwale i... Kończą studia, zdobywają dobrą pracę w kraju albo poza jego granicami, po paru latach są świetnymi i cenionymi fachowcami. Tyle że polskiego Apple'a jak nie było, tak nie ma. I nie będzie. Dlaczego?

Sprawę próbowała tłumaczyć Agata Kukwa w artykule "Dlaczego Polska nie jest technologicznym El Dorado"?. Niestety, gdyby wszystko sprowadzało się do jednego, w dodatku rozpoznanego problemu, sprawa byłaby prosta. Tymczasem kilka dni temu Forsal opublikował ciekawe zestawienie dotyczące innowacyjności w europejskich firmach. Polska zajęła w nim honorowe przedostatnie miejsce, wyprzedzając Bułgarię. Sukces, są gorsi od nas! Tylko czy naprawdę jest się z czego cieszyć?

Jasne - pewnie można zakwestionować metodologię, udowodnić, że są jakieś dziedziny, w których jest lepiej, wykazać, że ktoś wziął nieaktualne dane, i podnieść kraj w rankingu o kilka pozycji. Problem w tym, że wirtualne roszady niewiele zmienią, a co najwyżej poprawią komuś samopoczucie.

Jałowa ziemia?

Gdy z mieszanki LSD, muzyki Hendriksa i Dylana, morelowych sadów i pobliskich uniwersytetów wyłaniała się Dolina Krzemowa, o jej twórcach można było powiedzieć wiele mało pochlebnych rzeczy, ale nie to, że nie byli innowacyjni. Szli pod prąd, wymyślali koło na nowo, kradli pomysły, ale przy tym robili coś, czego nie robił nikt inny. Albo robili to samo, ale lepiej, a ta tradycja została zachowana w kolejnych latach - w końcu ani Google nie był pierwszą wyszukiwarką, ani Facebook pierwszym serwisem społecznościowym.

Oczywiście mogliśmy szczycić się europejskim CERN-em, Timem Bernersem-Lee i WWW, ale do czasu, aż ktoś za Oceanem postanowił przybliżyć World Wide Web ludziom za sprawą przeglądarki Mosaic, przełomowy wynalazek pozostawał jedynie ciekawostką, ułatwiającą pracę hermetycznemu środowisku naukowców. Do czego zmierzam? Przede wszystkim do konkluzji, że zaplecze naukowe, wiedza, odpowiednie narzędzia to nie wszystko.

Nawet finansowanie ambitnych, innowacyjnych projektów nie jest już tak wielkim problemem przy mnogości instytucji udzielających wsparcia czy działaniu aniołów biznesu. Aby się o tym przekonać, wystarczy choćby odwiedzić zakładkę Finansowanie w serwisie MamStartup. Problem w tym, że innowacji jak nie było, tak nie ma, a branżowe imprezy, które za kuźnie pomysłów chcą uchodzić, w gruncie rzeczy konserwują ten stan rzeczy, zamiast go zmieniać.

Koszt wejścia przy internetowym startupie jest zazwyczaj minimalny. Do tego od pomysłu do jego realizacji, co na własnym przykładzie pokazał niedawno Paweł Nowak, wiedzie bardzo krótka droga - konkretnie 33 godziny, wyciągane z rozkładu dnia wieczorem, po pracy. Tylko czy coś z tego wynika?

Sukces na miarę możliwości

Dobitnym przykładem może być choćby Warsaw Startup Weekend. Wszystko wygląda świetnie – jest impreza, są sponsorzy, patronaty, wpisy na blogach, cudowna organizacja, wspaniała atmosfera i grono ekspertów, o których inni eksperci wyrażają się z szacunkiem i uznaniem. I vice versa. „Jest super, jest super, więc o co ci chodzi” - śpiewał przed laty Muniek Staszczyk. No właśnie, dlaczego silę się na złośliwość, gdy jest tak świetnie?

Spieszę z wyjaśnieniami: problem pojawia się wtedy, gdy ktoś powie „sprawdzam” i zweryfikuje, co z tego zamieszania wynika. Spójrzmy zatem na zwycięzców trzech dotychczasowych edycji. Najlepszych z najlepszych, wybranych przez grono ekspertów, specjalistów i wspartych światłymi radami mentorów.

Zwycięzca pierwszej edycji z maja 2011 roku to gra mobilna Cityrace. Kilka miesięcy później, w październiku 2011 roku, Maciej Budzich pokazał wersję beta (zobaczycie ją na poniższym filmie). Od zwycięstwa minęły już prawie dwa lata, a strona gry wciąż zaprasza, by zapisać się i zdobyć wczesny dostęp. Po dwóch latach. No cóż, nie bez powodu w siedzibie Facebooka wisi napis "Done is better than perfect".

Projekt cityrace.me kilka miesięcy po zwycięstwie Startup Weekend Warsaw

Zwycięzca drugiej edycji to projekt EduKoala - pomysłowe podejście do nauki słówek, wykorzystujące w tym celu odblokowywanie telefonu (zachęcam do ściągnięcia i przetestowania darmowej aplikacji - moim zdaniem jest tego warta). Triumfatorem trzeciej edycji jest YourPerfectDress, który zmienił niedawno nazwę na Dressoholic - usługa pozwalająca na kupienie w Internecie ubrań dopasowanych do figury.

Marzyć każdy może

Pomysły fajne, wykonanie też niczego sobie, dlaczego zatem zamiast chwalić, szukam dziury w całym? Bo - moim zdaniem - nie ma tu nic, co mogłoby stać się fundamentem polskiego technologicznego imperium. Nie chodzi mi przy tym o udowadnianie, że Startup Weekend nie ma sensu - bo ma, z pewnością dla jego organizatorów. Chodzi raczej o to, że wykluwają się z niego kolejne gry, aplikacje czy usługi, które choć niekiedy są naprawdę interesujące, to nie oznaczają żadnego przełomu.

Może nawet niektóre z nich zarobią na siebie i swoich twórców, ale na zawojowanie świata raczej nie ma co liczyć. Nie bez powodu jeszcze w połowie 2012 roku Michał Wilmowski nie zostawił na imprezie suchej nitki - koło wzajemnej adoracji ekscytujące się kolejną appką albo usługą korzystającą z API Facebooka nie ma wiele wspólnego z innowacyjnością.

Zapewne niejeden z Was, drodzy Czytelnicy, czytając moje narzekania, pomyśli "OK, jak jesteś taki mądry, to idź i zrób lepiej". Niestety, nie jestem taki mądry. Gdybym wiedział, jak stworzyć potężną firmę, to zamiast pisać ten tekst, właśnie bym ją tworzył. Podobnie jak wszyscy inni.

Problem w tym, że szczytem polskich możliwości pozostaje sukces na miarę tak nielicznych przykładów, jak Asseco czy IVONA. O polskiej Dolinie Krzemowej czy choćby którejś z wielkich firm, które się w niej rozwinęły, możemy co najwyżej pomarzyć. Mimo to sądzę, że warto zadać kluczowe w tej sytuacji pytanie: co musiałoby się zmienić, aby marzenia o polskim technologicznym imperium stały się rzeczywistością?

Źródło artykułu:WP Gadżetomania
Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (0)