Wampiry, zombie, koniec świata - to tematy, które co rok podbijają kina. Co sprawia, że lubimy horrory i celowo poszukujemy nieprzyjemnych emocji?

bETcEmXV

Wampiry, zombie, koniec świata - to tematy, które co rok podbijają kina. Co sprawia, że lubimy horrory i celowo poszukujemy nieprzyjemnych emocji?

Każdego roku wśród największych kinowych przebojów trafia się kilka filmów, które wywołują u widzów gęsią skórkę: historie o nadchodzącej apokalipsie, inwazji zombie, nawiedzonych domach czy ataku obcych (w tym roku „World War Z” czy „Obecność”). Oglądamy na ekranie perypetie, w których za żadne skarby nie chcielibyśmy uczestniczyć osobiście (ucieczka przed zgrają zombiaków zapewne nie należy do przyjemnych zajęć). Dlaczego zatem tłumnie biegniemy do kin? Nauka zna odpowiedź: po prostu lubimy się bać, ale pod warunkiem, że boimy się na niby.[h2]Strach kontrolowany[photo position="inside"]13760[/photo]

Ciarki, przyspieszone bicie serca, napięcie mięśni: w taki sposób nasz organizm reaguje na obecność zagrożenia, przygotowując nas do tego, by w razie niebezpieczeństwa bronić się lub dać nogę. Gdy jednak zagrożenie jest fikcyjne, boimy się, jednocześnie zdając sobie sprawę, że jesteśmy w sytuacji kontrolowanej i wiemy, że po wyjściu z kina będziemy cali i zdrowi. Strach zmienia się w przyjemną ekscytację, podobną do przejażdżki na diabelskim młynie.

Dlaczego lubimy się czasem nastraszyć? Przyczyny są różne. Niektórzy ludzie mają silną potrzebę mocnych wrażeń. Antropolodzy tłumaczą ją dwojako: albo jako odpowiedź na potrzebę przygód i niespodzianek w ustabilizowanym codziennym życiu, albo jako oswajanie własnych emocji. Tendencje te są najsilniejsze w młodym wieku, dlatego znajdziemy tylu entuzjastów horrorów wśród widzów przed trzydziestką. Im jesteśmy starsi, tym zmniejsza się u nas potrzeba silnych bodźców z ekranu. Życie dostarcza nam wystarczająco wiele powodów do zgryzot.

bETcEmXX

Jednak i tu kino z dreszczykiem znajduje swoje zastosowanie: pozwala na chwilę oderwać się od przyziemnych zmartwień. „Ulga, jaką odczuwamy po wyjściu z kina, sprawia nam przyjemność”, mówi badacz mediów John Edward Campbell. „Wyzwala emocje, działa jak katharsis, pozwala uciec ze świata rachunków, kredytów i związków międzyludzkich”.[h2]Przepis na horror[photo position="inside"]13761[/photo]

Aby strach zmienił się w rozrywkę, musi być spełniony jeszcze jeden warunek : musi być to film zrobiony według sprawdzonego przepisu, najlepiej hollywoodzkiego (choć stare europejskie horrory również mieszczą się w tej kategorii). Ważne jest, abyśmy wiedzieli, że mamy do czynienia z fikcją.

Brutalny film oparty na faktach raczej wstrząśnie widzem na serio, niż dostarczy dreszczyku. Podobnie jeśli film zaskakuje i nieco odbiega od konwencji. Dlatego przyznaję, że oryginalna, niskobudżetowa wersja „Maniaka” przestraszyła mnie solidnie, ale ubiegłoroczny hollywoodzki remake to znacznie bardziej przewidywalne kino - bardziej krwawe, ale paradoksalnie mniej przerażające.

Im bardziej na niby jest oglądany przez nas film, tym większe prawdopodobieństwo, że będziemy odczuwać na nim przyjemny rodzaj strachu. To dlatego horrory mają często bardzo przewidywalne scenariusze. Spodziewamy się, że autostopowicze mają zwykle mordercze zamiary, a uciekająca dziewczyna musi co chwilę się odwracać, aby w końcu przewrócić się na prostej drodze. Wiemy też, że nawet jeśli trup będzie ścielił się gęsto, to koniec na ogół będzie szczęśliwy i przynajmniej jeden z bohaterów ujdzie cało.

„Ostatni dom po lewej”, debiutancki horror Wesa Cravena z 1972, był reklamowany hasłem: „Aby nie zemdleć, powtarzaj: to tylko film, to tylko film”. To właśnie ta wiedza jest kluczem do odpowiedzi na pytanie, dlaczego filmy grozy wciąż cieszą się popularnością. Dopóki wiemy, że "to tylko film", dopóty ich oglądanie sprawia nam przyjemność.

Komentarze (0)
bETcEmYT