To mnie wkurza: "polski" sprzęt, czyli jak dwa razy drożej sprzedać chińszczyznę

To mnie wkurza: "polski" sprzęt, czyli jak dwa razy drożej sprzedać chińszczyznę
02.10.2015 17:49
Zdjęcie naklejki Made in China pochodzi z serwisu Shutterstock
Zdjęcie naklejki Made in China pochodzi z serwisu Shutterstock

Polskie firmy biorą sprzęt, dostępny na chińskim rynku, dorzucają własne logo i sprzedają go jako swój własny produkt, kasując za to wielokrotnie więcej, niż wynosi cena oryginału.

Patrząc na ofertę polskich firm, zajmujących się elektroniką, można odnieść wrażenie, że jest całkiem nieźle – między Bugiem i Odrą powstają telewizory, nawigacje GPS, samochody elektryczne, smartfony a nawet smartwatche.

Problem w tym, że bardzo wiele z tych sprzętów nie ma w sobie nic polskiego. Żaden Polak ich nie wymyślił, nie zaprojektował, nie opracował standardów jakości ani tym bardziej nie wyprodukował. To po prostu seryjne modele z chińskiego rynku, którym jedynie zmieniono logo tylko po to, by sprzedać jako „polski” sprzęt, na dodatek po znacznie wyższej cenie.

Nie piętnuję przy tym faktu, że polskie firmy produkują w Chinach. Jasne, że wolałbym gdyby wszystko – od pomysłu, poprzez projektowanie i testy, aż po produkcję – miało miejsce w Polsce. Byłbym nawet w stanie wydać na taki produkt nieco więcej, wiedząc, że wszystkie związane z nim wydatki przekładają się na dobrobyt w miejscu, gdzie mieszkam.

Produkują Chińczycy, ale kto projektuje?

Realia są jednak inne – Chiny wciąż jeszcze są fabryką świata i produkują dla większości małych i dużych marek, konkurując z innymi producentami nie tylko ceną, ale także zapleczem, skalą produkcji czy dostępem do wyjątkowych w skali świata surowców. I z tego korzystają wszyscy, z wiodącymi markami z całego świata włącznie.

Jedni projektują, inni produkują
Jedni projektują, inni produkują

Czym innym jest jednak zamówienie w chińskiej fabryce samodzielnie zaprojektowanego sprzętu – jak robi choćby Samsung czy Apple - a czym innym wzięcie prosto z półki w Foxconnie urządzenia, wymyślonego, zaprojektowanego i wykonanego w całości przez Chińczyków i oferowanego przez nich pod lokalną marką na własnym rynku.

Ten pierwszy przypadek jest dość często podkreślany w opisach różnych urządzeń: „wykonano w Chinach, zaprojektowano w Cupertino” – takie i podobne napisy to uczciwe podejście do tematu, a zarazem podkreślenie, że dany sprzęt, choć wyprodukowany tam, gdzie cała reszta, wymyślony został w zupełnie innej, zazwyczaj wywołującej różne pozytywne skojarzenia, części świata.

Drugi przypadek to paskudna ściema. Polska firma wybiera sobie produkt, istniejący już na chińskim rynku i – bazując na niewiedzy klientów – przedstawia go jako coś swojego. Zazwyczaj nie robi tego wprost, aby nie można było zarzucić jej kłamstwa, ale za pomocą odpowiednio podsuwanych sugestii i haseł reklamowych sugeruje: oto nasze dzieło!

Polskie, czyli chińskie

Aby nie być gołosłownym, kilka przykładów. Pamiętacie entuzjazm, z jakim niektóre media prezentowały w 2010 roku polski samochód elektryczny o nazwie 4E? Zielone cudo marki Romet budziło co prawda obawy konstrukcją, która – delikatnie rzecz ujmując – nie budziła zaufania, , ale dawało nadzieję, że oto ktoś w Polsce postanowił zmierzyć się z tematem i próbuje wprowadzić na nadwiślański rynek rodzimy pojazd elektryczny. Szybko wyszło na jaw, że „polski” mikrosamochód to w rzeczywistości sprzedawany w Chinach Yogomo MA4E, który Romet oferuje na polskim rynku pod własną marką jako Romet 4E.

Po lewej Romet, po prawej Yogomo
Po lewej Romet, po prawej Yogomo

Całkiem niedawno kolejna polska firma Kruger&Matz wzbogaciła swoją ofertę o całkiem sensowny smartfon Live 3, który już zdążył zostać nazwany przez niektórych dziennikarzy i blogerów polskim flagowcem. Super, też się cieszę. Ale cieszyłbym się bardziej, gdyby ten telefon zaprojektowali inżynierowie i designerzy z firmy Kruger&Matz, a nie ekipa z coraz bardziej interesującej, chińskiej firmy UMI, która zaprojektowała i wyprodukowała model eMAX mini. W „polskim flagowcu” nie ma nic polskiego.

Po lewej UMI eMax mini, po prawej Kruger&Matz Live 3
Po lewej UMI eMax mini, po prawej Kruger&Matz Live 3

Chcecie kolejnego przykładu? Bardzo proszę – smartwatch Goclever Chronos Eco. Trochę toporny, ale tani i spełniający swoją funkcję. Problem w tym, że Chronos Eco to nic innego, jak Weloop Tommy z innym logo. (Uzupełnienie: jak słusznie zauważył w komentarzu Piotr Fijałkowski, ten przypadek nieco różni się od pozostałych. Jak informuje Goclever, smartwatch to efekt współpracy polskiej i chińskiej firmy na etapie projektowania produktu, a nie tylko brandowanie stworzonego przez Chińczyków smartwatcha).

Po lewej Weloop Tommy, po prawej Goclever Chronos Eco
Po lewej Weloop Tommy, po prawej Goclever Chronos Eco

Żadnej innowacyjności i wkładu własnego. Tylko dystrybucja

Te przykłady można mnożyć. Sam dałem się kiedyś naciąć na tę sztuczkę. Gdy Unitra ogłaszała swoją reaktywację, przyjąłem ją z entuzjazmem i radością, że oto nad Wisłą odradza się silna, związana z elektroniką marka. Entuzjazm szybko ustąpił jednak złości, gdy okazało się, że słuchawki z napisem „born in Poland” po raz kolejny polskie mają tylko jedno: cenę. Bo w praktyce to oferowany w Chinach model Natec Vulture, który po długiej podróży stał się nagle narodzonymi w Polsce słuchawkami SN-30. Przykre.

Które lepsze?
Które lepsze?

To tak, jakby naklejka z napisem Unitra, Kruger&Matz czy Romet miała cudowne właściwości, za sprawą których zmieniają się parametry techniczne sprzętu, a on sam nabywa długiej i pasjonującej historii. Jasne, że firmy będą się tłumaczyć, że dają w zamian wsparcie dla użytkownika, pudełko i instrukcję. A może nawet częściową polonizację oprogramowania. Doceniam to, ale nadal nie mogę pozbyć się wrażenia, że ktoś w ordynarny sposób usiłuje wcisnąć mi kit.

Bo takie praktyki tworzą wrażenie, że polskie firmy rzeczywiście robią coś wartościowego. Nawet, jeśli same nie produkują, to robią coś nawet ważniejszego – prowadzą prace badawczo-rozwojowe, zajmują się designem, tworzą koncepcje, odpowiadają na potrzeby, świadomie kreują jakieś produkty. Niestety, prawda jest często inna: są po prostu lokalnym dystrybutorem, oferującym brandowane produkty innych firm. Być może jako biznes to się sprawdza, ale żadnej w tym innowacyjności i żadnego wkładu własnego. Z mojego – jako klienta – punktu widzenia to po prostu nieuczciwe.

Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (76)