Walkman skończył 40 lat! A ja testuję nowego. Test Walkmana A100, czyli odtwarzacza MP3

Strona głównaWalkman skończył 40 lat! A ja testuję nowego. Test Walkmana A100, czyli odtwarzacza MP3
16.03.2020 17:40
Testuję odtwarzacz MP3 Sony Walkman A100
Testuję odtwarzacz MP3 Sony Walkman A100
Źródło zdjęć: © Barnaba Siegel
Barnaba Siegel
Barnaba Siegel

Śmiejemy się, że dzieciaki nie wiedzą, jak włączyć kasetę magnetofonową. Tymczasem odtwarzacz MP3, jeszcze nie tak dawno niezbędny gadżet każdego młodego człowieka, na dobre odszedł do lamusa. Chwilka, na dobre? Nie, jest jeszcze bastion stawiających odpór dinozaurów.

Na starcie wyjaśnijmy sobie. Tak, dla większości ludzi na świecie odtwarzacza MP3 to gadżet absolutnie zbędny, bo wszystko mamy w komórce. Jako nie aplikacje do streamowania muzyki albo radio, to możemy sobie wgrać tam naszą muzykę. Ale jak to z reguły w historii bywa – rzeczy nie umierają do końca, tylko przechodzą do niszy. A nisza lubi żyć.

Tak samo jak żyć lubią znane marki. Na przykład Walkman od Sony. W Polsce Walkman, śladami marki Adidas, stał się po prostu "walkmanem", czyli ogólną nazwą na przenośne odtwarzacze kasetowe. Ale gdy boom na taśmy MC zaczął gasnąć, Sony zostawiło nazwę na discmanie, a potem na "empetrójce".

Ja takich odtwarzaczy używam nieprzerwanie od 15 lat. Czuję się lepiej, mając niezależne urządzenie, z osobnym dyskiem twardym, których nie zapycha się zdjęciami czy aplikacjami. I z osobną baterią, które nie odetnie mnie od słuchania, gdy telefon padnie. Od 3 lat używam Cayina N3 i postanowiłem porównać, jak mało znana chińska marka poradzi sobie w porównaniu z produktem giganta.

Walkman A100 to ładny gadżet

Kończą się czasy, gdy kupowaliśmy sprzęty "brzydkie, ale funkcjonalne". Cudaczne, kiczowate "empetrójki" w mało gustownych kolorach królowały. Głównie dlatego, że były znacznie tańsze od tych stylowych. Dziś nowej taniochy już się nie robi, na polu walki zostały gadżety drogie – za to eleganckie.

Walkman A100 jest wielkości połowy smartfona na długość i 3/4 na szerokość. Spory, ale dobrze leży w dłoni i ma bezramkowy ekran. Efekt tej gładkości trochę psują dwa boki pełna guzików i dziur.

Sony Walkman A100
Źródło zdjęć: © Barnaba Siegel
Sony Walkman A100

Od góry do dały mamy ich aż 7. Od góry: włącznik, głośniej, ciszej, następny utwór, play/pauza, poprzedni utwór i nieśmiertelny, przesuwany hold, czyli blokada przycisków przed niechcianym kliknięciem. Na spodzie wejście na USB C (ładowanie), wejście na wtyczkę jack (słuchawki), gniazdo na karta microSD (na szczęście z gumową zatyczką) oraz otwór z haczykiem, w którym zaczepiamy pasek na nadgarstek.

Ten nadmiar trochę psuje designerską lekkość. Alternatywą byłby oczywiście panel na przewodzie od słuchawek. Ale coraz częściej słuchamy bezprzewodowo. Mógłby być też w wyświetlaczu, ale to utrudnia korzystanie "w kieszeni" i zżera baterię. Godzę się więc na mniej estetyczne rozwiązanie – zwłaszcza że z baterią nie jest tu dobrze. Jest tylko nie tak małe "ale".

Sony Walkman A100
Źródło zdjęć: © Barnaba Siegel
Sony Walkman A100

Wszystkie 7 guzików z jednej strony to rozwiązanie koszmarnie niewygodne. Przez 3 tygodnie nie byłem się w stanie nauczyć na pamięć, jak szybko przełączyć utwór, a jak ściszyć. W tego typu korzystaniu ze sprzętu miały nam pomóc 2 widoczne na zdjęciu wypustki (play oraz głośniej), ale to wciąż zabawa w liczenie w pamięci, a nie wygodne, odruchowe korzystanie. Przerzucenie połowy na drugą stronę rozwiązałoby sprawę.

Po co ten Android?

Sprzęt ładuje się do syta. Włączam. Tadam – Android! Spodziewałem się klasycznego, autorskiego i – przede wszystkim – prostego systemu operacyjnego. Takiego skrojonego pod audiofila i żrącego jak najmniej prądu. Dostałem przeciwieństwo – zwłaszcza w kwestii baterii.

A100 działa jak smartfon. Dotykowy ekran, możemy ściągnąć Messengera i czytać Gadżetomanię. To nie tylko absolutnie zbędne, ale też możliwe wyłącznie, gdy jesteśmy w zasięgu Wi-Fi. Zaletę widzę tylko jedną.

Sony Walkman A100
Źródło zdjęć: © Barnaba Siegel
Sony Walkman A100

Dzięki Androidowi możemy obłożyć się wszystkimi możliwymi programami do streamowania muzyki. Np. Tidalem, który pozwala słuchać w jakości FLAC. Albo Bandcampem, na którym znajdziemy najlepsze i mniej mainstreamowe nowości. Tylko ponownie – potrzebny jest do tego internet. Jeśli apka nie pozwala zapisywać muzyki do słuchania offline, to skorzystamy z niej tylko w domu. A to zupełne minięcie się z celem posiadania "empetrójki".

Walkman Sony A100 – słuchanie MP3

Ale też nie podejrzewałem, że twórcy pójdą na totalną łatwiznę. I miałem rację. Głównym daniem jest autorski odtwarzacz muzyczny. I tutaj już powodów do narzekania nie mam. Został świetnie przemyślany – korzystanie, przechodzenie pomiędzy katalogami jest totalnie intuicyjne i wykonywane zarówno poprzez kliknięcia, jak i gesty lewo/prawo/góra/dół. Możemy też łatwo wybierać, czy słuchamy muzykę wgraną na dysk, czy tą z karty SD (ta druga jest niezbędna, bo pamięć telefonu jest tycia).

Ale crème de la crème A100 miały być, zapewne, audiofilskie opcje. I tutaj zaczynają się poważne wątpliwości. Walkmana testowałem na przeróżnej muzyce – od słabszych technicznie nagrań z lat 70., przez widoczną tu klasykę Dire Straits, aż po rzeczy nagrywane współcześnie. Nie przepadam za przełączaniem opcji za każdą zmianą albumu, więc starałem się znaleźć możliwie optymalne ustawienia dla wszystkiego.

Sony Walkman A100
Źródło zdjęć: © Barnaba Siegel
Sony Walkman A100

Najważniejszą funkcją wydaje się ClearAudio+, bo to pierwsza z wyświetlanych na liście opcji. Mówiąc krótko – to przełącznik do zmasakrowania muzyki. Wycięte pasma, sterylne brzmienie. To jeden z tych guzików, który w teorii ma łatwo poprawić muzykę i ją lekko podbić, ale w praktyce słuchasz i myślisz: "Coś jest nie tak". Sprawdziłem to zresztą na innych. Każda z osób testujących miała identyczne wrażenie: "To dziwnie brzmi". Wyłączam.

Przetwarzacz winyli to kolejne kuriozum. Kuriozum, bo dziś MP3 za ponad 1000 zł raczej nie kupią przypadkowi konsumenci. Więc dziwne, cyfrowe triki nie są takim osobom potrzebne. Po włączeniu ani muzyka nie brzmiała z tym jak z winyla, ani nie była to zmiana na dłuższą metę przyjemna. Z kolei przy Korektorze przesunięcia fazowego nie poczułem absolutnie nic.

Sony Walkman A100
Źródło zdjęć: © Barnaba Siegel
Sony Walkman A100

To, co faktycznie poprawiło mi jakość moich plików w jakości MP3 320kbs i FLAC, to dwa tryby: Normalizacja dynamiki (zmniejszenie różnicy głośności między utworami) oraz DSEE HX, czyli skalowanie muzyki do wyższej rozdzielczości. Natomiast Korektor, jak to korektor, jest całkiem zwyczajny – i przeze mnie zawsze pomijany.

Sony Walkman A100
Źródło zdjęć: © Barnaba Siegel
Sony Walkman A100

Warto kupić?

Po przetestowaniu doznań muzycznych z różnymi kombinacjami efektów uznałem, że tak naprawdę tylko dwa z nich są warte uwagi. To niby słaby wynik, ale z drugiej strony wyznają zasadę, że bardziej interesuje mnie "czysty" dźwięk lub ewentualna zabawa regulacją basu i sopranów, niż mieszanie jakimiś polepszaczami. I w takiej formule Walkman A100 zdecydowanie się sprawdza. Podoba mi się też patent z wizualizacją kasety podczas słuchania – miły gest dla korzeni sprzętu.

Sony Walkman A100
Źródło zdjęć: © Barnaba Siegel
Sony Walkman A100

Jednak gdy patrzę na cenę odtwarzacza Sony (oficjalny sklep pokazuje 1399 zł), mój entuzjazm trochę opada. To zdecydowanie eleganckie urządzenie z dopieszczonymi programem do odtwarzania plików. Ale dwa sensowne tryby, zwyczajny Android oraz bateria, która przy normalnym użytkowaniu wytrzymuje ledwie parę godzin, to zdecydowanie za mało. Chińskie firmy, jak Cayin czy Shanling, od lat są królami w temacie, prześcigając się w designie i podzespołach, a kosztują mniej niż 1000 złotych.

Dlatego na Walkmana A100 patrzę bardziej jak na modny gadżet. Chcesz wybrać Sony, a nie niszową chińszczyznę? Chcesz mieć ułudę, że słuchasz w jakości jak z winyla? Chcesz mieć ładny przedmiot i kasetę wyświetlaną na ekranie? To masz. Przepłacisz, ale i jakościowo jest nieźle, i do stylizacji "na wintydż" będzie pasowało jak ulał.

Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (4)