Jaka, zgodnie ze statystykami ubezpieczycieli, jest najczęstsza szkoda w lecie? Oczywiście zalanie. Oczywiście winowajcą nie jest tylko i wyłącznie pogoda – często zapominamy o dokręceniu kranów czy pozamykaniu zaworów. Później niestety pozostaje zalana podłoga, mokre ściany i złość na samego siebie.
W sukurs przychodzi nam Internet Rzeczy. Nowe czujniki nie tylko pozwalają na to, by regulować temperaturę lub opuszczać i podnosić rolety przez aplikację w smartfonie. Twórcy sprzętu spod znaku IoT postanowili wyjść naprzeciw tym, którzy obawiają się wysokiego stopnia wilgoci w swoim mieszkaniu.
Jak to działa? W zależności od wybranego modelu, możemy wybrać sondę, która znajduje się na przewodzie od czujnika, lub jest wbudowany w urządzenie, które potem umieszczamy na podłodze. Oba rozwiązania mają oczywiście swoje wady, zwłaszcza jeśli jesteśmy niezdarni – wtedy co chwila możemy się o nie potykać. Ale odpowiednie umiejscowienie sprzętu wyeliminuje tego typu przeszkodę.
Nawet jeśli kupimy ten czujnik i dostaniemy powiadomienie na smartfona, można zadać sobie pytanie: co z tego? Wiem, że moje mieszkanie jest zalewane, ale znajduje się w innym mieście/kraju/kontynencie, a nikomu nie zostawiłem kluczy. Cóż, jeśli dojdzie do podbramkowej sytuacji, czujnik może odciąć wodę w domu z poziomu aplikacji. Minimalizuje potencjalne straty, a my nie musimy przejmować się przez resztę nieobecności, czy jest sens w ogóle do czegokolwiek wracać.
Za czujniki zalania, które działają w ramach IoT, trzeba zapłacić ponad 200 zł. Warto? Zdecydowanie, zwłaszcza że koszt bardziej intensywnej burzy czy nieszczelnych rur może być nieporównywalnie większy.