Zwolennicy prywatności w miastach imponują znajomością chemii. Tak "odstraszają" niechciane psy

Zwolennicy prywatności w miastach imponują znajomością chemii. Tak "odstraszają" niechciane psy
Adam Bednarek

31.07.2020 14:18, aktual.: 08.03.2022 14:46

Skomplikowana nazwa? Pewnie trucizna. Burek, do nogi, idziemy stąd, to niebezpieczne. Jeszcze mnie zatrujesz. I w ten oto sposób trawnik czysty. Właśnie taka metoda na Śląsku odstrasza czworonogi chcące załatwić się na zielonej trawce pod blokiem. Wyjaśniamy zagadkę tajemniczej substancji.

Życie w mieście do kompromisy. Niektórzy wolą dzikie łąki, inni równiutko skoszoną trawę. Jedni chcą, aby osiedla były dla każdego, drudzy grodzą każdy "własny" kawałek terenu. Czasami nad samowolką nie da się zapanować. Czasami też mieszkańcy mają w poważaniu zakazy i chcą korzystać z przestrzeni.

Tak często jest pod blokami, na których załatwiają się pieski. Zrozumiałe, o ile właściciele sprzątają po swoich pupilach. Tyle że nie każdy zarządca lub mieszkaniec akceptuje taką sytuację. Pamiętacie "Dzień świra"? No właśnie.

Jak zauważył Paweł Jędrusik, reporter stacji TVS, w Dąbrowie Górniczej pojawił się "groźny" znak. Przestrzega przed wyprowadzaniem psów, bowiem teren został spryskany monotlenkiem diwodoru.

Trutka na szczury? Specyfik na kleszcze? A może jakieś inne niebezpieczeństwo, stworzone przez chorych ludzi, którzy nie cierpią psów. Jedno jest pewne - taki komunikat może odstraszyć tych, którzy… spali na lekcjach.

Monotlenek diwodoru to nic innego jak rzadko stosowana nazwa chemiczna wody. Jak przypomina Wikipedia, jest ona wykorzystywana do mistyfikacji, które mają pokazać skutki ignorancji naukowej i ośmieszać zjawisko publicznego lęku przed nieznanymi nazwami substancji chemicznych.

Podobną fantazją wykazano się dwa lata w Poznaniu. W ten sam sposób "odstraszano" właścicieli psów. Cóż, a może to po prostu test - jeżeli czworonóg ma obytego w chemii pańcia, może skorzystać z trawnika. Wiecie, chemiczna elita.

Cała sytuacja jest zabawna, choć muszę przyznać, że irytują mnie tabliczki "zakaz wstępu", "zakaz zabawy", "zakaz odbijania piłki". Rozumiem, że osiedla to wspólnota, ale w ten sposób zabija się typowe ludzkie działania. I nieskrępowaną wolność chodzenia po okolicy.

Nie każdy chce czyścić buty po wdepnięciu w nieczystości, ale zakaz nie jest jedynym rozwiązaniem. Wystarczy prośba, aby sprzątać po zwierzętach. Z własnego doświadczenia widzę, że to coraz powszechniejsza praktyka. Szkoda, bo przecież żyje się lepiej w miejscu wolnym od wszelkich zakazów i nakazów.

Źródło artykułu:WP Gadżetomania
Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (5)