Big data w praktyce. Po co Facebook chce wiedzieć, czego nie chcieliśmy opublikować?

Big data ujawnia na nasz temat więcej, niż chcemy udostepnić
Big data ujawnia na nasz temat więcej, niż chcemy udostepnić
Łukasz Michalik

16.12.2013 18:25, aktual.: 10.03.2022 11:39

Zalogowani mogą więcej

Możesz zapisać ten artykuł na później. Znajdziesz go potem na swoim koncie użytkownika

Od kilku dni wiemy, że Facebook rejestrował przypadki autocenzury użytkowników – sytuacje, gdy napisany tekst nie został przez nich opublikowany. Do czego serwisowi potrzebna taka wiedza?

TL;DR:

Wbrew obiegowej opinii Facebook nie czytał naszych nieopublikowanych wpisów. Mimo tego serwis z wielką uwagą śledzi nasze zachowania i gromadzi wszelkie możliwe dane. Dzięki big data ma szansę, by w przyszłości zmienić się w uniwersalną platformę sprzedaży wszystkiego. Facebook nie jest jednak wyjątkiem – z takich narzędzi korzysta już wiele firm, w tym również działające w Polsce banki.

Co i dlaczego śledził Facebook?

O czym teraz myślisz? – jak zwykle wita mnie Facebook. I jak zwykle mu nie odpowiem, zazwyczaj myślę bowiem o sprawach, o których publicznie rozpowiadać nie wypada. Gdybym jednak skuszony zachętą zaczął pisać, o czym myślę, a następnie zniesmaczony tym, co mi się napisało, skasował tekst i nigdy go nie opublikował, to Facebookowi wystarczy.

Bo choć po mojej rozterce nie pozostał żaden widoczny ślad, to Facebook o niej wie. I zarejestruje fakt, że stałem się ofiarą autocenzury.

Jak wskazuje Zaufana Trzecia Strona, wiemy o tym za sprawą dokumentu zawierającego rezultaty badań naukowca stażysty i jednego z analityków Facebooka. Wynika z niego, że latem 2012 roku przeprowadzono badania dotyczące autocenzury użytkowników.

Na Facebooku sami się cenzurujemy!
Na Facebooku sami się cenzurujemy!

Algorytm serwisu brał pod uwagę statusy, które liczyły co najmniej pięć znaków i albo nigdy nie zostały opublikowane, albo pomiędzy napisaniem ostatniego znaku a publikacją upłynęło co najmniej 10 minut, co zdaniem badaczy również oznaczało jakąś formę autocenzury użytkowników.

Badacze zapewniają, że Facebook był informowany jedynie o fakcie, czy status został zatwierdzony i opublikowany czy nie. I wbrew temu, co można przeczytać w różnych miejscach, nikt nie czytał niewysłanych statusów użytkowników. No cóż – tego nie sprawdzimy, pozostaje wierzyć na słowo.

Nie zmienia to faktu, że taka możliwość istnieje, a niewysłane treści są z punktu widzenia Facebooka równie cenne jak te opublikowane. Dlaczego? Spójrzmy najpierw na to, czym tak naprawdę jest Facebook.

Nieposkromiony apetyt na dane

Działa tu mechanizm podobny, jak w przypadku McDonalda (w Stanach Zjednoczonych, bo w innych krajach sytuacja wygląda inaczej) czy Google’a. McDonald’s jest kojarzony powszechnie jako sieć fast foodów, jednak podstawa jego biznesu to nieruchomości, w których otwierane są lokale. Podobnie Google – powszechnie kojarzymy go jako wyszukiwarkę obudowaną dodatkowymi usługami, ale w rzeczywistości to po prostu gigantyczna platforma reklamowa.

Facebook jak na firmę, z której usług korzysta co siódmy mieszkaniec planety, zarabia marnie. Sposobem, by to zmienić, wydaje się podążanie drogą Google’a, czyli stopniowa zmiana popularności na twardą walutę. Czy będzie to wynikiem większej sprzedaży reklam, usług, gier czy czegokolwiek innego – to z naszego punktu widzenia sprawa drugorzędna. Istotne jest coś innego: aby sprzedawać albo pośredniczyć w sprzedaży czegokolwiek, Facebook potrzebuje o nas jak najwięcej informacji. I zbiera je, gdzie tylko może.

Informacja o analizowaniu nieopublikowanych postów wywołała falę nieprzychylnych komentarzy, ale czy wiecie, że Facebook śledzi nie tylko, co piszemy, ale również ruchy kursorów? Ponad miesiąc temu ujawniono informację na temat pilotażowego wdrożenia przez serwis mechanizmu opartego na mechanizmie Haadop, którego celem jest sprawdzanie naszych interakcji z elementami strony. Czyli w praktyce śledzenie, jak poruszamy kursorem.

Tu powstanie kolejne data center
Tu powstanie kolejne data center

Po co to wszystko? W tym miejscu dochodzimy do terminu, który zyskuje coraz większą popularność. Chodzi o big data, czyli o gigantyczne zbiory danych, które odpowiednio przetwarzane powiedzą o nas znacznie więcej niż – jak się nam wydaje – ujawniliśmy.

Królestwo za dane behawioralne!

Przykładem potwierdzającym ten kierunek rozwoju Facebooka mogą być choćby inwestycje serwisu. Trudno oczekiwać, by liczba jego użytkowników istotnie wzrosła, ale mimo to Facebook inwestuje w nową infrastrukturę, eksperymentując m.in. z serwerowniami umieszczonymi za kołem podbiegunowym, co ma obniżyć koszty związane z ich obsługą.

Obecnie serwis przetwarza dwa rodzaje danych, które można podzielić na demograficzne i behawioralne. To właśnie te drugie, związane z naszymi upodobaniami, lajkami, preferowaną muzyką czy sposobem spędzania wolnego czasu, mają szczególne znaczenie. Gdzie i jak można je wykorzystać?

Pierwszy z brzegu przykład: loguję się na konto w mBanku. Czekają tam na mnie m.in. mOkazje – oferty zakupów z rabatem dobrane tak, by mniej więcej trafić w moje preferencje zakupowe. Skąd bank i firmy przygotowujące oferty wiedzą, co mi zaproponować? Aby zobaczyć mOferty, musiałem zaakceptować m.in. takie postanowienia regulaminu:

Wyrażam zgodę i upoważniam Bank do przekazywania informacji o odbiorcy płatności, terminie, miejscu, opisie i wartości transakcji związanych z zawarciem i realizacją umowy rachunku bankowego, stanowiące tajemnicę bankową lub dane osobowe podmiotom, których ofertę wykorzystam w programie mOkazje dla celów rozliczenia przyznanych korzyści.

Big data, czyli kim naprawdę jesteśmy?

To właśnie big data w praktyce. Podany jako przykład mBank nie jest jednak wyjątkiem. Podobne działania prowadzi coraz więcej firm, choć przyznawanie się do tego bywa przez klientów przyjmowane z niezadowoleniem. Pamiętacie, jaka fala gniewnych komentarzy przelała się przez Sieć, gdy prezes Aliora Wojciech Sobieraj przyznał, że bank chce wykorzystywać big data?

Najwyraźniej nie lubimy świadomości, że ktoś przetwarza nasze dane i wnikliwie się nam przygląda. Nie lubimy tego nawet wówczas, gdy tym kimś jest bezmyślny algorytm. I zapewne właśnie dlatego niezbyt precyzyjna informacja o tym, że Facebook „czyta” nasze niewysłane komentarze, wywołała takie poruszenie.

Ale czy poza gniewnym komentarzem i narzekaniami, że nas inwigilują, ktokolwiek zrobił coś więcej? Nie obserwujemy przecież masowego zamykania facebookowych kont. Jak widać, większość z nas – nawet jeśli narzeka – akceptuje płacenie własnymi danymi za możliwość korzystania z Facebooka i wielu innych serwisów.

Prawdopodobnie z czasem proces śledzenia użytkowników będzie się nasilał, a gdy Facebook zdobędzie już o nas wystarczająco wiele informacji, zmieni się w niezwykle skuteczną platformę sprzedaży wszystkiego – gigantyczny sklep, który znając nas lepiej, niż nasi najbliżsi znajomi, będzie w stanie zaoferować dokładnie to, czemu zazwyczaj nie możemy się oprzeć. I wtedy zacznie naprawdę zarabiać.

Rzecz jasna pod warunkiem, że Google nie zrobi tego samego szybciej i lepiej.

Źródło artykułu:WP Gadżetomania
Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (3)