Kalifornia wprowadziła GPS dla wagarowiczów

Strona głównaKalifornia wprowadziła GPS dla wagarowiczów
22.02.2011 08:00
Kalifornia wprowadziła GPS dla wagarowiczów
Katarzyna Kieś
Katarzyna Kieś

Dzień wagarowicza już za miesiąc. Na szczęście dla tych, którzy chętnie korzystają z tej formy opuszczenia lekcji, w Polsce nie zdążą wprowadzić programu, który od ubiegłego tygodnia zaczął obowiązywać w kalifornijskim mieście Anaheim. Tam potencjalni wagarowicze są pod kontrolą dzięki technologii GPS. Jak myślicie, ile trzeba mieć nieusprawiedliwionych nieobecności, by trafić pod satelitarny nadzór?

Dzień wagarowicza już za miesiąc. Na szczęście dla tych, którzy chętnie korzystają z tej formy opuszczenia lekcji, w Polsce nie zdążą wprowadzić programu, który od ubiegłego tygodnia zaczął obowiązywać w kalifornijskim mieście Anaheim. Tam potencjalni wagarowicze są pod kontrolą dzięki technologii GPS. Jak myślicie, ile trzeba mieć nieusprawiedliwionych nieobecności, by trafić pod satelitarny nadzór?

Zaledwie cztery. I wtedy uczeń otrzymuje zaproszenie (bez możliwości odrzucenia oferty) do udziału w programie. A potem dzień śledzonego wagarowicza wygląda tak:

  • Codziennie rano głos w telefonie informuje o tym, że do szkoły należy dotrzeć na czas.
  • Pięciokrotnie w ciągu dnia trzeba spełnić obowiązek „zameldowania się” w systemie – tylko po to, by można było sprawdzić, gdzie uczeń się znajduje. Uczeń musi wbić kod w chwili, kiedy wychodzi z domu, potem - kiedy dociera do szkoły. Następnie w porze lunchu, a potem podczas opuszczania szkoły. I na koniec ostatnie meldowanie się – o godz. 20.00.

To jeszcze nie koniec tej inwigilacji. Potencjalny wagarowicz ma swojego „anioła stróża” w postaci osobistego – nazwijmy go - trenera, który trzykrotnie w ciągu tygodnia dzwoni do ucznia, podpytuje, jak sobie radzi i podpowiada, jak dokonywać codziennie wyczynu, jakim jest dotarcie do szkoły na czas.

W program zaangażowani zostali także rodzice. Ich rolą jest – jakżeby inaczej – monitorowanie, czy pociecha dociera do szkoły. Śledzeni wagarowicze mają się przy tym wszystkim czuć swobodnie. I nie myśleć o tym, że są inwigilowani ani nie traktować tego jak kary.

Jak się okazuje – szkoły mają całkiem konkretny interes w tym programie. Im mniej dzieci wagaruje, tym więcej pieniędzy trafia na konto placówki. Każdy wagarowicz kosztuje szkołę 35 dol. dziennie. Urządzenia GPS do monitorowania tych, którzy zamiast do szkolnej ławy udają się na zieloną trawę, kosztują 300-400 dolarów każde. Sam program jest opłacany państwowej kasy. Jak obliczył ktoś z kierownictwa szkoły, w której program monitorowania przez GPS działa, nawet z ekonomicznego punktu widzenia rzecz jest warta świeczki.

Pieniądze wydane na monitoring przez GPS zwrócą się – to już pewne. Program ma trwać 6 tygodni. W tym czasie frekwencja zdecydowanie powinna się poprawić – takie zjawisko przynajmniej zaobserwowano np. w Baltimore, gdzie po sześciu tygodniach trwania takiego samego programu obecność wagarowiczów poprawiła się z 77% na 95%.

Nie wszyscy są zadowoleni z rozwiązania monitorowania przez GPS – głosów krytyki nie szczędzą rodzice, uważając, że ich dzieci traktuje się jak więźniów.

A Wy co o tym sądzicie?

Źródło: ocregister

Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (0)