Kino i gry wideo. Trudne początki i małżeństwo z rozsądku

Marka Resident Evil dostarcza radości nie tylko graczom!
Marka Resident Evil dostarcza radości nie tylko graczom!
Łukasz Michalik

13.02.2013 09:00, aktual.: 10.03.2022 12:26

Zalogowani mogą więcej

Możesz zapisać ten artykuł na później. Znajdziesz go potem na swoim koncie użytkownika

Mogłoby się wydawać, że ekranizacja gry, która odniosła sukces, gwarantuje tłumy w kinach i entuzjastyczne reakcje widzów. To tylko pozory, ponieważ wiele wspaniałych gier po przeniesieniu na ekran kinowy traciło cały swój urok, stając się przykładem gniotów najgorszego gatunku.

Mogłoby się wydawać, że ekranizacja gry, która odniosła sukces, gwarantuje tłumy w kinach i entuzjastyczne reakcje widzów. To tylko pozory, ponieważ wiele wspaniałych gier po przeniesieniu na ekran kinowy traciło cały swój urok, stając się przykładem gniotów najgorszego gatunku.

Z gier do kina czy z kina do gier?

Pozornie wszystko jest proste: ponieważ wartość rynku gier przekroczyła w Stanach Zjednoczonych wpływy z filmów, to w świecie rządzonym przez kasę branża gier wideo powinna być tą, która kształtuje postawy, tworzy najmocniejsze popkulturowe mity i rządzi światem rozrywki. To jednak tylko teoria. A jak jest z praktyką?

Gdy pewien student Hegla zarzucał swojemu mistrzowi, że jego teoria nie ma wiele wspólnego z faktami, filozof odpowiedział: tym gorzej dla faktów. Podobnie w przypadku rozrywki – to nic, że gry wideo zarabiają więcej i rozwijają się szybciej. W zderzeniu z istniejącym ponad wiek, mocno okopanym na swoich pozycjach kinem przez długie lata były zaledwie ubogim krewnym, korzystającym z ochłapów w postaci wątków czy postaci.

Przez lata pokłosiem tego stanu rzeczy była pewna reguła – o ile filmowe wątki po przeniesieniu do świata gier radziły sobie ze zmiennym powodzeniem, to ekranizacja gry często oznaczała bezlitosne ukatrupienie legendy. Symbolem takich działań stał się niemiecki antytalent reżyserski - Uwe Boll. Na szczęście świat się zmienia, a razem z nim zmieniają się stereotypy.

Dominacja kina

Gdy gry wideo zdobywały pierwsze przyczółki na rynku rozrywki, wszystko było proste. Kino rządziło niepodzielnie, a gry – o ile ktoś uznał, że fabuła jest im koniecznie potrzebna – mogły co najwyżej próbować eksploatować filmowe motywy. Uniwersum i fabuła znajdowały się po stronie kina, czego dobitnym przykładem może być gra Star Trek, wydana w 1983 roku przez Atari. Całe wprowadzenie i instrukcja, jakie czekały na gracza, sprowadzały się do dwóch punktów:

1. Wrzuć monetę. 2. Uważaj na Klingonów.

To wystarczyło - całą historię gracz znał przecież z kina. Przykłady jego dominacji można mnożyć – wystarczy wspomnieć gry takie jak E.T. (to nic, że okazała się totalną klapą i postawiła Atari na krawędzi bankructwa), Star Wars czy Bruce Lee. Te trzy tytuły to oczywiście tylko przykłady – gry czerpiące z ówczesnego kina stworzyłyby bowiem bardzo długą listę.

The Worst Game Of All Time: ET

Próżno szukać odwrotnych zapożyczeń. Świat kina, nawet jeśli dostrzegał istnienie komputerów i gier, to eksploatował je na swój sposób, bez nawiązań do konkretnych tytułów. Wystarczy wspomnieć choćby „Gry wojenne” z komputerem, który nie tylko zaliczyłby test Turinga, ale też doszedł do rozsądnego wniosku, że wojny atomowej nie sposób wygrać.

Kolejnym przykładem jest kultowy „Tron” – choć akcja filmu dzieje się w wirtualnym świecie, to jest to świat skonstruowany przez kino. W gruncie rzeczy Jeff Bridges, walczący we wnętrzu komputera z programami, równie dobrze mógłby wystąpić na piasku starożytnej areny, a zamiast dosiadać futurystycznego motocykla, mógłby kierować rzymską kwadrygą. Wszystko było po prostu kwestią scenografii i kostiumów.

Mario przeciera szlaki

Na zmianę tej sytuacji trzeba było trochę poczekać, a czynnikiem hamującym była początkowo prostota świata przedstawionego w grach. Zwiastunem nowego okazał się dopiero rok 1993, gdy na ekrany trafił film „Super Mario Bros”.

Film, poza charakterystyczną postacią, nie wziął jednak wiele z gry – fabuła była od niej niezależna, a łączył jedynie wspólny bohater. „Super Mario Bros” okazał się porażką, podobnie jak nakręcony niedługo potem „Double Dragon”, bazujący na klasycznej bijatyce, w której gracz podróżuje na prawą stronę ekranu, bijąc wszystko, co napotka po drodze. W tym przypadku nie pomógł nawet Jean-Claude Van Damme.

Mortal Kombat 1 trailer

Znacznie lepiej poszło kolejnemu tytułowi. Nakręcony w 1995 roku „Mortal Kombat” trudno nazwać arcydziełem, ale była to próba przeniesienia na ekran nie tylko samych bohaterów, ale również fabuły. Nie jest to przesadnie ambitne kino, jednak efekt jest znośny, a film broni się dodatkowo świetną ścieżką dźwiękową. Co więcej, „Mortal Kombat” okazał się kasowym sukcesem; zarobił 70 mln dol. i przy okazji rozpoczął karierę Paula W. S. Andersona.

Lara Croft – z impetem i bez kompleksów

Kolejnym kamieniem milowym na drodze do symbiozy kina i gier wideo okazały się bardzo popularne przed laty tytuły z serii Wing Commander. Te kosmiczne symulatory zapewniały graczom nie tylko emocjonującą rozgrywkę, ale również rozbudowaną fabułę i – po upowszechnieniu się nośników CD – nieźle nakręcone przerywniki filmowe.

Wing Commander 4 trailer

Wing Commander IV to w gruncie rzeczy grywalne, kosmiczne misje, wplecione w 2-godzinny film, w którym zagrali m.in. Mark Hamill, Clive Owen, Christopher Walken czy Malcolm McDowell. Doszło przy tym do paradoksu – gdy w 1999 na podstawie Wing Commandera nakręcono film, okazało się, że jest on pod każdym względem gorszy od tego, który można było zobaczyć podczas gry.

Z odsieczą nadeszły dwie części Tomb Raidera. Angelina Jolie, piękne plenery, dobre efekty specjalne i brak konieczności myślenia podczas oglądania filmu stanowiły mieszankę, która – mimo umiarkowanego entuzjazmu krytyków – odniosła duży sukces. Sukces miał jednak w sobie pierwiastek porażki. Dlaczego?

Uwe Boll: niszczyciel legend

Na scenie pojawił się bowiem Uwe Boll, niemiecki reżyserski i producencki antytalent, któremu w kwestii kompetencji brakowało wszystkiego z wyjątkiem pewności siebie. Uwe masowo wykupywał prawa do ekranizacji gier. Na jego liście znalazły się m.in. takie tytuły, jak House of the Dead, Alone in the Dark, Dungeon Siege czy Postal.

The Top 7... Worst Uwe Boll Scenes - Alone in the Dark: Tara Reid, Scientician

Niestety, jest to zarazem lista filmowych gniotów  tak doskonale złych, że naśmiewanie się z nich nie ma sensu – to równie niesmaczne jak szydzenie z ułomności. O klasie Bolla dobitnie świadczy fakt, że gdy próbował zdobyć prawa do ekranizacji WoW-a, usłyszał:

Tobie nie sprzedamy praw autorskich. Na pewno nie tobie.

Trzeba jednak oddać sprawiedliwość – nie wszystkie filmy niemieckiego reżysera były totalnie beznadziejne. Czasem, po zaangażowaniu odpowiednio dużych środków i opłaceniu znanych aktorów, jak Jason Statham czy Kristanna Loken, wychodził film, będący znośną produkcją klasy B, jak choćby pierwszy BloodRayne. To jednak raczej wyjątek niż reguła – zdecydowana większość dzieł Uwe Bolla trzyma jednostajnie niski poziom, równający do legendarnych filmów z wytwórni Asylum.

Wiatr zmian już wieje

Uwe Boll nie ma jednak – na szczęście – monopolu na ekranizacje gier. Jego przeciwieństwem wydaje się wspomniany wcześniej Paul W. S. Anderson, którego Resident Evil okazał się strzałem w dziesiątkę, a o sukcesie dobitnie świadczy fakt, że kolejne filmy z serii nie tylko powstają i cieszą się zainteresowaniem, ale ich fabuła jest coraz dalsza od pierwowzoru z gier wideo. Tak jak dawniej gry eksploatowały kinowe motywy, tak – tym razem – to kino twórczo korzysta z wątków pochodzących z gier wideo.

W tym miejscu pojawia się jednak poważny problem. Nawet jeśli film oparty na motywie z gry zarabia na siebie, to z reguły dość umownie traktuje znaną graczom rzeczywistość. Mówiąc wprost – zarabia kasę, eksploatując dochodową markę, albo – dosadniej - pasożytując na niej niczym huba. Dostrzegli to również producenci gier. Po co sprzedawać prawa partaczom, jak Uwe Boll, albo wytwórniom filmowym, dla których dopieszczana przez lata marka jest tylko okazją do szybkiego zarobku?

Pytanie to zadał sobie m.in. Ubisoft. W rezultacie zamiast oddawać stworzenie filmowej adaptacji Assassin’s Creed czy Splinter Cell którejś z wytwórni filmowych, założył własną - Ubisoft Motion Pictures. Podobnie postąpił Blizzard z Warcraftem – wyprodukowaniem filmu na motywach WoW-a zajmie się Blizzard Entertainment.

Kino i gry nie są oddzielnymi bytami

Czy będą to dobre filmy? Trudno wyrokować już teraz, jednak nadzieję dają znane nazwiska – np. za ekranizację WoW-a ma odpowiadać Duncan Jones, mający w dorobku m.in. za całkiem niezły „Kod nieśmiertelności”, a scenariusz napisze Charles Leavitt, scenarzysta takich filmów jak  „K-Pax” czy „Krwawy diament”. Symbioza jest coraz ściślejsza. Gry, często skondensowane do zaledwie kilku godzin ekstremalnie gęstej akcji, coraz bardziej przypominają interaktywne filmy. Z drugiej strony – zainteresowanie światem gier wideo przestało być domeną nielicznych, hollywoodzkich zapaleńców.

SUCKER PUNCH Trailer

Przykładem może być choćby niedawna deklaracja J. J. Abramsa, zdradzającego chęć ekranizacji Portala i Half-Life’a. To działa również w drugą stronę – wystarczy wspomnieć film „Sucker Punch”, przypominający raczej zaliczanie kolejnych poziomów gry niż klasyczną filmową fabułę. Granice są zatem coraz bardziej płynne.

O tym, gdzie się znajdują, przekonamy się już niebawem – na bieżący rok zapowiedziano premierę „Assassin’s Creed”, w którym główną rolę zagra Michael Fassbender. W 2014 na ekrany ma wejść „Splinter Cell”, a w kolejnym roku „Warcraft: The Rise of the Lich King”. Jest więc na co czekać, a nazwiska zaangażowanych w projekt osób i nadzór twórców gier dają nadzieję, że tym razem uda się stworzyć coś, co zadowoli zarówno graczy, jak i kinomaniaków. W końcu na ekranizację czeka tyle legendarnych tytułów...

Który z nich chcielibyście zobaczyć na kinowym ekranie?

Źródło artykułu:WP Gadżetomania
Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Komentarze (0)
Zobacz także