Samochodziki Burago, Pokemony, Kaczor Donald, koszulki piłkarskie. A co Wy zbieraliście, gdy byliście dziećmi?

Zdjęcie fana Pokemonów pochodzi z serwisu shutterstock.com
Zdjęcie fana Pokemonów pochodzi z serwisu shutterstock.com
Adam Bednarek

23.09.2014 08:26

Zabawki dzieciństwa. Każdy z nas mógłby ułożyć własną listę, choć pewnie wiele przedmiotów by się pokrywało.

Z racji wieku zbierałem inne rzeczy niż Łukasz czy Bartek. Z racji płci - inne zabawki niż Marta. Różnice na pewno będą spore, ale pewnie znajdzie się też wielu, którzy w tym samym czasie bawili się takimi sami przedmiotami i marzyli o tych samych rzeczach. Zobaczcie, co ja zbierałem, gdy byłem mały (i nieco starszy też).

Samochody Burago

Obraz

Ktoś powie - kryptoreklama. Wpis sponsorowany. Bednarek, ile ci zapłacili?! Ale nie ma co się oszukiwać. W latach dziewięćdziesiątych, jeżeli zbierało się samochody, to przede wszystkim Burago. A przynajmniej u mnie tak było.

Marzyło się o tych dużych, drogich, które kosztowały sporo. Miało się te najmniejsze i najtańsze. Ale co z tego? Były super. Były niezwykle dokładnie odwzorowane. W środku plastikowe, ale było widać siedzenia, deskę rozdzielczą, a w Ferrari silnik.

W swojej kolekcji miałem też supermarki, ale najbardziej cieszyłem się, gdy mogłem kupić sobie przyziemne bryki. Fiata Punto. Golfa. Auta, które znałem z ulic, lądowały na moim dywanie. Wolałem mieć znajome modele

Obraz

Doszło nawet do tego, że w moje urodziny zrezygnowałem z wymarzonego prezentu, jakim było zdalnie sterowane auto, i wybrałem skromną, małą betoniarkę. Do dziś nie wiem, co mną kierowało.

To było porządne kolekcjonerstwo, nie jakaś tam dziecinna zabawka. Autka ustawiało się na półce. Ulubione były najlepiej widoczne, a zniszczone, gorsze gdzieś w tle, ale i tak na widoku.

Miałem dywan “w ulicę”, więc zabawa była naprawdę realistyczna. Przestrzegało się zasad drogowych, stało w korku, jeździło na stację benzynową. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że moja zabawkowa pasja, jaką były samochodziki Burago, właściwie niczym nie różniła się od erpegowych sesji.

Byliśmy dobrze przygotowani - bo przecież każdy kolekcjonował auta - mieliśmy swoje zasady i właściwie “środowisko”. Dywan z drogą. Nasza plansza do gry.

Kaczor Donald

Obraz
© wykop.pl

Klasyka. Pewnie tę gazetę zbierał każdy, nawet jeśli wyrósł z wieku docelowego. Może z czasem kupowałem pismo także dla komiksów, ale nie będę was oszukiwał - byłem w takim wieku, że najbardziej rajcowały mnie gadżety.

Poduszka pierdzioszka. Nakładka na palec, przez co z daleka wyglądało to tak, jakbyśmy mieli poważną ranę. I masę innych dodatków, dla których czekało się na premierę pisma.

Segregatory

To nie jest tak, że miało się jedną kolekcję. Nie - wówczas wychodziło mnóstwo poradników, gazet i innych tego typu wydań, i każde z nich w takiej formie, żeby włożyć je do segregatora.

Obraz
© http://tomcat14.fm.interia.pl/allegro/wally2.jpg

Najlepiej pamiętam komputerowy poradnik, z absolutnymi podstawami. Miałem też przeróżne encyklopedię, mapy i “Gdzie jest Wally”. Szukanie gościa było naprawdę świetną zabawą.

Pokemony

Mam wrażenie, że każdy, kto w czasach mojej młodości sprzedawał czipsy, wygrał życie. Dzięki mnie i całej mojej podstawówce osiedlowe sklepiki kwitły. Tak naprawdę mogły mieć na półkach tylko czipsy - reszta się nie liczyła. Zarabiało się tylko na czipsach.

Ja wcale nie przesadzam. Każdy chodził i kupował. Paczkę dziennie, czasami dwie lub nawet trzy. Żeby zwiększyć swoją kolekcję Pokemonów (a jeszcze wcześniej, jeśli mnie pamięć nie myli, tazosy były też z bohaterami Gwiezdnych Wojen).

Obraz
© http://atomix.vg/wpcontent/uploads/2014/08/pokemontazos.jpg

Nie chodziło jednak oto, żeby tylko tazosy mieć. Tazosy służyły do walki. Mój pierwszy, globalny multiplayer. Czekało się na przerwę i szło na arenę - szkolne korytarze. Grał każdy. Najlepsi mieli publikę większą niż szkolne apele. Każdy chciał zobaczyć potyczki mistrzów. Czy straci swojego najlepszego zawodnika? Czy tamten się odegra?

Zasady były proste - graliśmy w “orzeł czy reszka”, tyle że tazosami. Przed starciem mówiło się, czy wybiera się Pokemona, czy pokeballa. Kto pierwszy zdobył trzy punkty, wygrywał. I przejmował tazosa przeciwnika.

Ale to był hazard! Ludzie bogacili się, a potem wszystko tracili. I szli do sklepów, żeby kupić kolejną paczkę czipsów. I żeby później się odegrać.

Najlepsi przychodzili do szkoły z reklamówką tazosów. Nie grali z byle kim, musiałeś mieć kilka wygranych pojedynków, żeby móc dostąpić zaszczytu, jakim była walka z liderem, najczęściej uczniem szóstej klasy.

To byli lokalni bogowie. Rządził nimi fart, ale my wierzyliśmy w to, że mają jakąś taktykę, jakąś moc, dzięki czemu ich tazosy lądowały tak, jakby oni nimi sterowali.

Koszulki piłkarskie

Czasy, kiedy jeszcze każdy mógł być sezonowcem. Dzisiaj z kibiców, którzy zmieniają ulubione drużyny, wszyscy się śmiejemy, ale na podwórku idole zmieniali się z dnia na dzień. Nikogo to nie dziwiło.

Ronaldo i ja
Ronaldo i ja

Więc trzeba było mieć kilka koszulek. Oczywiście to były “podróby”, ale kto o tym wiedział. Jest logo Ligi Mistrzów na rękawie? Jest. Czyli oryginał.

Kibicowanie zaczynało się właśnie od tego, jaką koszulkę zespołu się miało. Moją pierwszą była “dycha” Interu Mediolan, więc automatycznie stałem się ich fanem. Później chciałem mieć koszulkę Barcelony, więc dopingowałem Katalończyków. Po jakimś czasie na boisku strzelałem gole jako gracz Realu Madryt.

Mieliśmy kilkanaście ulubionych zespołów, w zależności od tego, w jakiej koszulce przyszliśmy na boisko.

Rzadko kto miał koszulkę polskiego zespołu, bo to przecież ryzykowne. Mamy nie kupowały nam nawet koszulki reprezentacji Polski, a jeśli już, to bez numeru, bo jeszcze ktoś przypomni sobie, że w każde w tym samym stroju gra piłkarz ze znienawidzonej drużyny.

Nie miałem kibicowskiej świadomości, więc chodziłem w koszulce Wisły Kraków po typowo widzewskiej okolicy - pamiątka z Krakowa. Na szczęście starsi patrzyli na to z przymrużeniem oka.

Ale że tolerowano koszulkę Legii mojego kuzyna? Miał chłopak farta, ot co!

Wersje demonstracyjne

Obraz

Gdy dostałem PlayStation, gry na tę konsolę kosztowały bardzo dużo. Ratunkiem były więc dema, dodawane do oficjalnego pisma o tym sprzęcie. Czarne, charakterystyczne płytki, na których było kilkanaście demówek.

Później tę rolę przejęło u mnie CD-Action. I dema traktowałem nie tak, jak dziś. Dema nie były po to, żeby przetestować grę przed zakupem. Dema były po to, żeby w ogóle było w co grać.

I tak w demo Pro Evolution Soccer 4 grałem w cały rok. Cztery drużyny, jeden stadion, a ja tłukłem w to przez dwanaście miesięcy. Miałem pełną wersję FIFY, ale wolałem grać w PES-a.

A Wy co zbieraliście, gdy byliście dziećmi?

Źródło artykułu:WP Gadżetomania
Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (17)