Co za wspaniała porażka! Intrygujące gadżety, którym się nie udało

Co za wspaniała porażka! Intrygujące gadżety, którym się nie udało
25.09.2012 12:53
CueCat (2001 r.) (Fot. Complex.com)
CueCat (2001 r.) (Fot. Complex.com)

Elektroniczne gadżety wydają się branżą, w której nawet najbardziej szalone pomysły mogą odnieść sukces. Niestety, nie wszystkim się to udaje. Poznajcie urządzenia, które - choć zapowiadały się obiecująco - okazały się totalnymi porażkami.

Gadżety, którym się nie udało 1MSN Smart Watch (2004 r.)

Co może być lepsze od zwykłego zegarka? Zdaniem Microsoftu alternatywą dla poczciwych czasomierzy miał być smartwatch - zegarek, który pokaże nie tylko godzinę, ale również informacje o pogodzie czy kursy akcji. Realizując ten pomysł, firma opracowała nawet technologię Smart Personal Objects Technology, pozwalającą na komunikowanie się urządzeń i dostarczanie do nich różnych treści. W teorii ten pomysł wydawał się całkiem fajny.

Praktyka była inna - nie dość, że pełnię możliwości zegarka docenili tylko użytkownicy, którzy wykupili abonament, to po co kupować smartwatcha, gdy w kieszeni nosimy jeszcze mądrzejszego smartfona?

Myślicie, że Google Glass to innowacyjny pomysł? Nic bardziej mylnego! Przed dziesięcioma laty na targach Consumer Electronics Show zaprezentowano komputer będący skrzyżowaniem akcesoriów predatora z halloweenowym kostiumem. Sprzęt działał pod kontrolą Windowsa CE, wyświetlał informacje na niewielkim ekranem bezpośrednio przed okiem i sprawiał, że użytkownik wyglądał jak zagubiony w naszych czasach przybysz z niezbyt odległej przyszłości.

Odtwarzacz Sony NW-HD1 (2004 r.)

Xybernaut Poma Wearable PC (2002 r.)

Gdy rosnąca popularność iPoda sprawiła, że dla wielu użytkowników gadżet Apple'a stał się synonimem odtwarzacza muzyki, do kontrofensywy ruszyła firma Sony. Dawny innowator stracił jednak elementarne wyczucie rynku. Wunderwaffe japońskiej firmy, odtwarzacz NW-HD1 okazał się kompletnym niewypałem. Dlaczego?

Z pozoru był to sprzęt marzeń. Niewielkie rozmiary, estetyczna aluminiowa obudowa i dysk 20 GB były bez wątpienia mocnymi atutami urządzenia, jednak geniusze z Sony zapomnieli zapewnić mu możliwość odtwarzania formatów MP3, WAV czy WMA. NW-HD1 obsługiwał za to promowany przez Sony format ATRAC3. Jak stwierdził w 2005 roku Ken Kutaragi: ATRAC to była pomyłka.

Microsoft BOB (1995 r.)

Jako jedyny w tym zestawieniu BOB nie jest fizycznym przedmiotem, jednak koncepcja towarzysząca jego powstaniu zasługuje na wspomnienie. Dawno temu ktoś w Microsofcie wpadł na pomysł, że obsługa okien i ikon to zbyt ambitne wyzwanie dla użytkowników. Interfejs Windowsa postanowiono zamienić na coś bardziej znanego.

Rozwiązaniem okazał się widok pokoju rodem z kreskówki, gdzie klikając na różne elementy wyposażenia, można było uruchamiać przypisane im aplikacje. Pomysł umarł śmiercią naturalną. Nie dość, że za BOB-a trzeba było zapłacić niemal 100 dol., to rozwiązania wdrożone w Windowsie 95 okazały się wystarczająco przyjazne dla użytkowników.

Gadżety, którym się nie udało 2

W czasach gdy wirtualna rzeczywistość była sprzedawana na kaski (bo jak inaczej rozumieć "kask wirtualnej rzeczywistości"?), Nintendo wpadło na pomysł, aby dostarczyć użytkownikom gry 3D w pełnym tego słowa znaczeniu. Aby zobaczyć trójwymiarowy obraz, trzeba było przyłożyć głowę do urządzenia wyglądającego jak sprzęt do badania wzroku.

W praktyce to, co miało być rozrywką, okazało się torturą - obraz był generowany za pomocą czerwonych diod i wszystkie barwy świata sprowadzono w nim do kilku odcieni czerwonego. Gra kończyła się bólem głowy i aby nie wykończyć użytkowników, co kilkadziesiąt minut samodzielnie włączała pauzę. Ciekawą, choć raczej niezamierzoną funkcją Virtual Boya, było bezbłędne wskazywanie osób ze skłonnościami do padaczki - kilka chwil gry wystarczyło, by wywołać atak.

CueCat (2001 r.)

Jeśli zawsze marzyliście, by mieć na biurku czytnik kodów kreskowych, ten gadżet mógł być spełnieniem Waszych marzeń. CueCat poza osobliwym wyglądem pozwalał zeskanować kod kreskowy tylko po to, aby przenieść się na stronę producenta - można go uznać za poprzednika czytnika kodów QR, ale o znacznie mniejszych możliwościach.

Gadżet rozdawany za oceanem w setkach tysięcy sztuk nie odniósł jednak sukcesu. Nie dość, że pojawiły się problemy z prywatnością, to na dodatek był sprzętem stacjonarnym - działał po podpięciu do komputera, a rynek nie był jeszcze gotowy na zaproponowane rozwiązanie. Zmianę w tej kwestii przyniósł dopiero mobilny Internet i czytniki kodów QR w telefonach.

Twitter Peak (2009 r.)

"Zaufaj mi, jestem inżynierem" - być może tak właśnie brzmiały słowa człowieka, który opracował to przedziwne urządzenie. Pod względem technicznym wszystko wydaje się w porządku: kolorowy ekran, klawiatura QWERTY, nawigacja za pomocą klikalnego kółka. Gorzej z wagą (300 gramów) i zasadą działania.

Twitter Peak miał być gadżetem służącym do obsługi Twittera. Użytkownik, płacąc rocznie 99 dol. lub jednorazowo 199 dol. za dożywotnią usługę, zyskiwał dostęp do Twittera i... nic poza tym. A to wszystko w czasach powszechnej dostępności smartfonów. Nic dziwnego, że chętnych (a może naiwnych?) nie znalazło się zbyt wielu.

Gadżety, którym się nie udało 3

Choć Google usiłuje ukryć w okularach cały komputer, jeszcze kilka lat temu możliwości działania (a może fantazja?) konstruktorów były znacznie mniejsze. Szczytem technologicznego wyrafinowania miały być okulary Oakley THUMP, w z którymi zintegrowano odtwarzacz MP3. Na tym kończyły się ich możliwości. Marnie jak na sprzęt za 395 dol.

Teoretycznie to pomysłowe jeździdełko trudno nazwać całkowitą klapą - mimo wielu lat od debiutu nadal znajduje się na rynku, a kolejne wersje znajdują nabywców. Z pozoru wszystko jest w porządku, ale warto przypomnieć, czym miał być ten sprzęt. Zgodnie z marzeniami twórcy Segway miał spowodować transportową rewolucję. Dean Kamen oczekiwał, ze Segway stanie się powszechnym, osobistym środkiem transportu, który uwolni miasta od samochodów, a nas od stania w korkach. Nic takiego nie nastąpiło.

DigiScents iSmell (2001 r.)

Segway (2001 r.)

Zastanawialiście się kiedyś, jak pachnie Internet? Twórcy urządzenia DigiScents iSmell założyli, że każdy będzie chciał poczuć globalną sieć. Gadżet wyglądający jak połączenie grzejnika z rogiem nosorożca miał zawierać pojemniki z 128 różnymi zapachami. Uwalniając je w odpowiednich kombinacjach, miał umożliwić użytkownikowi sprawdzenie, jak pachnie otwarta właśnie strona WWW lub email.

Pomysł wcale nie był absurdalny - choć wolałbym nie wąchać strony Sejmu, to w przypadku perfumerii czy stron kulinarnych mogłoby to mieć sens. Niestety, produkt nie przyjął się na rynku, a  PC World Magazine zaliczył go do 25 najgorszych produktów technologicznych wszech czasów.

Źródło: Complex

Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (0)