Dokument o Coachelli już na YouTube. Zobaczcie, jak jeszcze niedawno wyglądała nasza rzeczywistość

Dokument o Coachelli już na YouTube. Zobaczcie, jak jeszcze niedawno wyglądała nasza rzeczywistość12.04.2020 15:27
Dokument o Coachelli już na YouTube. Zobaczcie, jak jeszcze niedawno wyglądała nasza rzeczywistość
Adam Bednarek

Darmowy dokument jednocześnie może ucieszyć, jak i zasmucić. Oto świat, który jeszcze niedawno był nam bliski, a teraz jest tak odległy.

10 kwietnia na platformie YouTube pojawił się film dokumentalny przedstawiający historię jednego z największych festiwali muzycznych na świecie - Coachelli. Obraz "Coachella: 20 Years in the Desert" można obejrzeć za darmo, co z jednej strony jest sympatyczną namiastką prawdziwego wydarzenia (wszak w piątek miała rozpocząć się kolejna edycja, ale plany pokrzyżował koronawirus) i sposobem na spędzenie czasu w świąteczny weekend, a z drugiej - trochę przytłaczającym materiałem. W końcu pokazuje, jak świat wyglądał całkiem niedawno. I nie wiadomo, kiedy i w jakim stopniu podobne wydarzenia powrócą. Po jego obejrzeniu zapewne jeszcze bardziej będziecie tęsknić za odwołanymi koncertami i zamkniętymi klubami.

Coachella: 20 Years in the Desert | YouTube Originals

Staram się być optymistą i ciągle wierzę, że letnie festiwale, na których zwykle jestem co roku, jednak się odbędą. Ale to raczej próba oddalenia od siebie tego, co nieuchronne. Pamiętam przecież tłumy przed wejściem, kolejki do toalet czy w strefie gastronomicznej, a o tym, co się dzieje pod sceną nie trzeba nawet wspominać.

I co - raptem dwa, trzy miesiące po tym, jak pandemia (być może) się uspokoi - bo przecież jeszcze większą naiwnością jest twierdzenie, że w czerwcu czy w lipcu nikt chorować nie będzie - jak gdyby nigdy nic powrócimy do takich zbiegowisk?

Oczywiście wiele się jeszcze może zmienić, ale na tę chwilę wydaje się, że dobrze znane nam obrazki - tłumy pod sceną, artyści grający największe przeboje - dostarczać nam będą dokumenty w stylu "Coachella: 20 Years in the Desert". Zapowiedzią nieuniknionego może być przełożenie katowickiego Tauron Nowa Muzyka.

Michał Wieczorek na łamach Dwutygodnika zastanawiał się niedawno, czy "trasy koncertowe staną się przywilejem tylko największych". O ile tak już się nie dzieje. Bilety są coraz droższe, a pierwszeństwo w ich zakupie częściej mają klienci banków czy użytkownicy płatnych usług niż zwykli wierni fani.

Muzyczne festiwale również nie tanieją. Wieczorek miał na myśli najbardziej znanych wykonawców, ale publiki także to dotyczy - na koncerty już teraz nierzadko mogą chodzić wyłącznie ci z największymi portfelami.

A co z resztą? Podpowiedzią wydają się koncerty hologramów, o których nie tak dawno na Gadżetomanii pisałem. Skoro zaakceptowano wirtualnego Jacksona czy Tinę Turner, to siłą rzeczy zaakceptuje się gwiazdę muzyki na ekranie laptopa, telewizora i smartfonu. Teraz koncerty w sieci są jedynym wyjściem, ale lada moment może się okazać, że to szansa na nowy biznes.

Pierwsze wydarzenia w ten sposób już się odbywają. Fani mogą wesprzeć swoich ulubionych artystów wykorzystując dostępne formy płatności - tak jak dzisiaj wspiera się youtuberów czy streamujących gry, tak w (niedalekiej) przyszłości opłacać się będzie muzyków? To możliwe. Organizatorzy nie będą ograniczeni pojemnością sal czy terenu. Sprzedadzą wejściówki osobom przed komputerami w całej Polsce lub na całym świecie.

Nie tak dawno jeden z polskich młodych zespołów po koncercie sprzedał całe... dwie płyty. Zarobione w ten sposób 50 zł można szybko przepuścić w barze, a o pieniądzach za bilety lepiej też nie mówić, bo tego wieczora grało kilka kapel.

Czy nie lepiej dla tych młodych muzyków byłoby, gdyby zagrali u siebie w sali prób, włączyli transmisję na YouTube, zarobili co nieco na zrzutkach (bo słuchacze chętniej wydadzą pieniądze u siebie w domu, nie zastanawiając się: "płyta albo kolejne piwo w barze") i przede wszystkim nie ponosili kosztów związanych z transportem i noclegiem?

To bardzo smutna perspektywa, ale tak właśnie wygląda sytuacja wielu polskich niezależnych zespołów. Marcin Pryt z 19 Wiosen opowiadał:

Mieliśmy takie dramatyczno-komiczne sytuacje w 2015 roku, że po opłaceniu kierowcy zostało nam pięć złotych na osobę. Nocowaliśmy wtedy w jakimś hostelu, a jeden z nas zapomniał ręcznika i zszedł do obsługi zapytać, czy nie mają jakiegoś na stanie. Powiedzieli mu, że owszem, ale to będzie kosztowało piątaka. Wrócił na górę wkurzony: „Nie wydam całej gaży na ręcznik!”. Od tamtej pory przeliczamy złotówki na ręczniki.

Argument, że granie bez publiczności nie ma sensu, bo niektórzy muzycy występujący w niewielkich klubach i tak grali dla nielicznych. Paradoksalnie koncert na YouTube czy Facebooku jest szansą na to, że widzów będzie więcej.

Dla największych granie i występowanie na festiwalach transmitowanych w sieci będzie być może szansą na zwiększenie zysków, a dla małych - szansą na zarobienie czegokolwiek.

Koronawirus doprowadzając do przełożenia festiwali oraz - na co się również niestety zanosi - zamknięcia wielu klubów uwidocznił niełatwą sytuację polskiej sceny. Skoro transmisje z widowisk sportowych czy e-sportowych są w stanie przyciągnąć tysiące osób, być może sukces relacji na żywo uratuje grających muzyków. Przed pandemią dla wielu z nich występy na żywo były czymś w rodzaju hobby, do którego trzeba było dokładać, a po jakimś czasie po prostu z niego rezygnować. Skoro już wszystko przenosi się do sieci, to podobny los musi spotkać muzykę. Niewykluczone, że dokument o historii Coachelli jest też materiałem opowiadającym o innej epoce - kiedy muzyki słuchało się na żywo.

Źródło artykułu:WP Gadżetomania
Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (0)