Zdjęcie dziewczyny robiącej selfie pochodzi z serwisu Depositphotos

Zdjęcie dziewczyny robiącej selfie pochodzi z serwisu Depositphotos

Życie na pokaz. W sieci udajemy zdrowych i szczęśliwych, bo zmuszają nas różne aplikacje

Zobacz 2 zdjęcia

Dobry obiad bez fotki na Instagramie nie ma sensu, podobnie jak wieczorne bieganie bez publicznego raportu z Endomondo. Gadżety podporządkowały sobie nasze życie.

Wszystko zostaje na Twitterze

Stare powiedzenie przez lata głosiło, że co zdarzyło się w Vegas, zostaje w Vegas. Tak było kiedyś, bo dzisiaj jest inaczej: co zdarzyło się w Vegas, zostaje na Twitterze.

Dotyczy to wszystkich – od elit (wybaczcie proszę, że tak krzywdzę to piękne słowo) politycznych, po każdego z nas. Patrząc na to, co, kto i kiedy udostępnia w sieci, można odnieść wrażenie, że opanował nas przymus dzielenia się swoim życiem. Że tak wyraźny przed laty podział na sferę prywatną i publiczną jest już bardzo często nieaktualny, bo sfera prywatna przestała istnieć.

Nie dlatego, że Google do spółki z Microsoftem i na wyścigi z NSA chcą wiedzieć o nas jak najwięcej. To, że korporacjom i trzyliterowym służbom zależy na informacjach, to przecież banał — dane są towarem, więc jesteśmy z nich dojeni. To tak samo oczywiste jak grawitacja. Ciekawsze i dziwniejsze jest coś innego — sami postanowiliśmy nie mieć przed światem tajemnic. Albo raczej mozolnie próbujemy wykorzystać naszą prywatność do kreowania naszego obrazu w oczach innych.

Świat w obiektywie

„Pics or it didn't happen” – popularne żądanie fotograficznego dowodu na potwierdzenie różnych historii przestało mieć sens. Każda z nich została z reguły uwieczniona przez rzeszę ludzi, robiących z równym zapałem równie pozbawione sensu fotki. Coś się gdzieś wydarzyło? Jeśli tak, to najprawdopodobniej są również i zdjęcia.

Świetnym przykładem może być w tym przypadku zdjęcie Rihanny z jednego z koncertów. Widać na nim również jednego z fanów, robiącego zdjęcie piosenkarce:

W komentarzach do zdjęcia ktoś stwierdził, że chciałby zobaczyć fotkę zrobioną z jego (czyli widocznego na zdjęciu fotografującego) perspektywy. Nie trzeba było długo czekać, a i ona znalazła się w sieci.

U2 dla wszystkich, czyli rysa na wizerunku

Pamiętacie oburzenie, z jakim niektórzy przyjęli prezent od Apple’a w postaci darmowego albumu „Songs of Innocence” U2? Na pozór nie było w tym za grosz logiki – ten sam tłum, który za byle gratis jest w stanie ujawnić na swój temat dowolne dane albo rozpętać pandemonium z powodu przecenionego karpia, nagle zapałał świętym oburzeniem tylko dlatego, że ktoś ośmielił się dać mu coś za darmo.

Zobacz również: Studio PlayStation 5 highlight: Adam Zdrójkowski – Fenomen kontrolera DualSense

Nie chodziło tu wcale o to, że dziadki z U2 od czasów „The Joshua Tree”, czyli od prawie trzech dekad znajdują się na równi pochyłej. Bez obaw, zjeżdżają z bardzo wysoka i do dna jeszcze im sporo brakuje. Problemem był nie tyle sam prezent, co sposób, w jaki został wręczony. Parę słów na jednej z konferencji Apple’a wystarczyło, by nowy album Bono i spółki trafił automatycznie do kolekcji milionów użytkowników sprzętu z jabłkiem.

I w tym właśnie momencie wielu spośród nich poczuło się tak, jakby w swoim ulubionym kubku znaleźli włos z doczepioną do niego, mikroskopijną, śnieżnobiałą i zadrukowaną nanometrowym arialem karteczką: „Tymek Kucharz, tu byłem”. Brakowało tylko spojrzenia spaniela w wykonaniu Johny'ego Ive'a, łzawego filmiku o tym, ile tęgich głów wymyślało biel owej kartki i wygłoszonych do wzniosłej muzyki deklaracji, jak wiele emejzingu udało się w tej bieli (bieli? toż to Arctic White!) zakląć.

Da się z tym żyć, kubek też nie ucierpiał i przecież można go umyć, ale dla niektórych to zamach na ich starannie wypielęgnowaną, cyfrową osobowość.

Banalne U2 w kolekcji kogoś, kto od miesięcy pokazuje wszystkim znajomym, że słucha jedynie jakiegoś ultraprogresywnego jazzu, granego przez grupę mongolskich feministek z Czojbalsanu? To – jak mawiał francuski dyplomata Charles-Maurice de Talleyrand – gorzej niż zbrodnia. To błąd!

Nie ma co narzekać!

Wrzucony na Facebooka meldunek w popularnej knajpie, selfie, zrobione tak, by w kadrze znalazł się również nasz nowy laptop albo logo na kierownicy samochodu, albo robiące wrażenie trasy, publikowane po zakończeniu każdego treningu przez aplikację sportową. Naprawdę sądzimy, że kogokolwiek poza niezawodną w takich sprawach mamą ("Gdzie ty biegasz?!") to zainteresuje? A może raczej robimy to w ramach jakiejś mniej lub bardziej przypadkowej autokreacji?

W takim kontekście te wszystkie aplikacje pozwalające na dzielenie się własnym życiem wydają się pełnić przy okazji rolę poganiacza niewolników: wymuszają na nas zachowania, na które nie zawsze mamy ochotę, ale – świadomi, że cały świat na nas patrzy (w naszym mniemaniu, rzecz jasna) – nie możemy wypaść z ustalonej dla siebie roli. Pstrykamy zatem te fotki znad talerza, trochę na opak wdrażając w życie zasadę „dzielę się, więc jestem”.

Choć z drugiej strony nie ma co narzekać. Dla siebie czy dla innych, dla przyjemności czy z powodu autokreacji – nie ma przecież znaczenia. Liczy się efekt, a ten – jeśli jakaś aplikacja sprawi, że w wiosenny wieczór zamiast dopijać kolejne piwo (koniecznie kraftowe, mało znane i dyskretnie podkreślajce naszą osobowość) nabijamy kolejne biegowe kilometry albo kolejny kwadrans ciśniemy na rowerze – jest bez zarzutu.

Może bywamy niewolnikami społeczności i różnych aplikacji, i żyjemy na pokaz. Ale jeśli dzięki temu żyjemy choć odrobinę zdrowiej, to chyba nie ma się czego czepiać. Jeśli założymy, że liczy się efekt, to ten jest — mimo różnych zastrzeżeń — pozytywny.

Wiosna nadchodzi, instalujmy Stravę i Endomondo!

Podziel się:

Przeczytaj także:

Także w kategorii Opinie:

Targi elektroniczne są zbędne? Dla niektórych to jak wyrok śmierci [Opinia] Kidding: drugi sezon już na HBO Go. Produkcja, której może zazdrościć Netflix Więźniowie abonamentu, czyli jak żyć bez własności? Pandemia! COVID‑19 trzęsie światem. Książka filozofa pokazuje, jak zmienia się świat w trakcie koronawirusa Cyberpunk: rządy korporacji i uzależnienie od technologii. Czy to nasz świat? Tak Polacy świętowali niepodległość 90 lat temu Planowe postarzanie, czyli dlaczego współczesny sprzęt psuje się tak szybko Państwo jak technologiczna korporacja. Spełnia się sen wielu osób, który okazuje się koszmarem [OPINIA] Bill Gates i Mark Zuckerberg walczą z koronawirusem. Mogliby pomóc inaczej - tylko że tego nie chcą Kablu, wróć! Czy wszystko musi być bezprzewodowe? Amazonie, czy wy nas macie za idiotów? [Felieton] Allegro kasuje stare komentarze. Sprawdźcie, ile ocen pozostało na waszych kontach! [WASZYM ZDANIEM]