Bliskie spotkania z nieznanym. Najsłynniejsze przypadki obserwacji UFO

Bliskie spotkania z nieznanym. Najsłynniejsze przypadki obserwacji UFO30.04.2020 10:45
Czy jesteśmy samo w Kosmosie?
Czy jesteśmy samo w Kosmosie?

Czy jesteśmy sami w kosmosie? Odwiedziny przedstawicieli pozaziemskich cywilizacji, przedstawianych zazwyczaj jako szare stworki z wielkimi głowami, wydają się należeć wyłącznie do gatunku SF. Mimo to nie brakuje świadków spotkań z UFO, których trudno posądzać o szukanie taniej sensacji lub nadmiernie wybujałą wyobraźnię. Co zobaczyli?

Czym jest UFO? Definicja niezidentyfikowanego obiektu latającego, określanego w Polsce również akronimem NOL, jest bardzo pojemna. Wbrew stereotypowi nie musi oznaczać statku obcych - to określenie na dostrzeżony w powietrzu obiekt, którego nie udało się rozpoznać.

Pojawienie się tej nazwy dowodzi jednak prostego faktu: ludzie obserwowali latające "coś" o nieznanym pochodzeniu na tyle często, że postanowili jakoś to nazwać.

Niektórzy uważają, że jesteśmy we Wszechświecie sami, inni nie wierzą w możliwość odwiedzania nas przez kosmicznych przybyszów, a jeszcze inni doszukują się ich wszędzie, jako niepodważalny dowód traktując np. krąg wygniecionego zboża.

Niezależnie do tego istnieją relacje opisujące spotkania z nieznanym, które wydają się czymś więcej niż tylko głoszonymi przez żądnych rozgłosu ludzi sensacjami.

Polacy odkrywają foo fighters

Jedno z najsłynniejszych zjawisk tego typu jest – przynajmniej z nazwy - dobrze znane wielbicielom talentu byłego perkusisty Nirvany, Dave'a Grohla. Nazwa założonego przez niego zespołu, Foo Fighters, nawiązuje do wielokrotnie opisywanego i niewyjaśnionego do tej pory zjawiska. Nazwą "foo fighters" określono dziwne światła, wielokrotnie obserwowane przez żołnierzy i cywilów podczas II wojny światowej.

Zdjęcie zrobione podczas "Bitwy o Los Angeles". Promienie światła pochodzą z reflektorów, oświetlających jakiś obiekt na nocnym niebie
Źródło zdjęć: © Domena publiczna
Zdjęcie zrobione podczas "Bitwy o Los Angeles". Promienie światła pochodzą z reflektorów, oświetlających jakiś obiekt na nocnym niebie

Światła poruszały się po niebie, a ich prędkość i wykonywane podczas lotu manewry były nieosiągalne dla ówczesnych samolotów. Pierwszą obserwację tego zjawiska przeprowadzono z pokładu polskiego statku transportowego „Pułaski”. Światło towarzyszyło wówczas statkowi przez ponad godzinę, po czym oddaliło się z bardzo dużą prędkością. Raport z tego spotkania został przedstawiony m.in. brytyjskiej służbie kontrwywiadowczej MI5.

Jednym z najbardziej spektakularnych spotkań z tajemniczym światłem jest tzw. bitwa o Los Angeles. W nocy z 24 na 25 lutego 1942 obserwatorzy marynarki wojennej zgłosili pojawienie się w okolicach miasta kilku świecących obiektów. Ponieważ obserwacje zostały poparte wskazaniem radaru, ogłoszono alarm przeciwlotniczy, jednak nie zdecydowano o wysłaniu samolotów w celu przechwycenia nieznanego intruza.

Mimo to w mieście wprowadzono zaciemnienie, a artyleria przeciwlotnicza otworzyła do intruza bezskuteczny ogień, wystrzeliwując kilka tysięcy pocisków. W wyniku bitwy o Los Angeles uszkodzono kilka budynków, które ucierpiały od odłamków pocisków przeciwlotniczych. Były również ofiary śmiertelne. Po wybuchu paniki kilka osób zmarło na zawał serca, a kilka poniosło śmierć od odłamków. Ostrzeliwane obiekty przeleciały najpierw nad wybrzeżem, a następnie zawróciły i skierowały się w stronę oceanu.

Własne obserwacje zgłaszali również piloci, zwłaszcza biorący udział w misjach nad Niemcami. Ich zdaniem światło lub światła towarzyszyły im podczas lotów, w pewnych momentach odlatując z nieosiągalną dla samolotów szybkością. Pochodzenie tego zjawiska nie zostało nigdy w przekonujący sposób wyjaśnione.

Co znaleziono w Roswell?

Roswell to dla osób wierzących w istnienie UFO prawdziwe sanktuarium. Sława tego miejsca nie wzięła się jednak znikąd, a słynny incydent z Roswell opiera się na czymś więcej niż tylko relacje obserwatorów. Wszystko zaczęło się od doniesień pary farmerów, którzy stwierdzili, że 2 lipca 1947 roku widzieli UFO.

Generał William H. Blanchard, który poinformował o znalezieniu wraku latającego dysku
Źródło zdjęć: © Domena publiczna
Generał William H. Blanchard, który poinformował o znalezieniu wraku latającego dysku

Doniesienia świadków można byłoby zignorować, znamienna jest jednak reakcja amerykańskiej armii. Obserwacje farmerów w oczywisty sposób zaintrygowały lokalną społeczność i rankiem, 8 lipca, dowódca pobliskiej Walker Air Force Base (określanej wówczas jako Roswell Army Air Field), generał William H. Blanchard wydał oficjalny komunikat.

Stwierdzał w nim, że po zgłoszeniu od jednego z okolicznych mieszkańców wojsko odnalazło i zabezpieczyło wrak latającego dysku. Wieczorem tego samego dnia pojawił się kolejny komunikat, tym razem wydany nie przez dowódcę lokalnej bazy wojskowej, ale przez Rogera Rameya, dowódcę Ósmej Armii Powietrznej. Ramey dementował oświadczenie swojego podwładnego i stwierdzał, że armia znalazła nie latający dysk, ale resztki balonu meteorologicznego.

Na podstawie tego wydarzenia wokół Roswell powstał liczny ruch zwolenników istnienia UFO, różnych teorii spiskowych i badaczy usiłujących w mniej lub bardziej poważny sposób dociekać, co spadło na teksańską farmę. Niezależnie do różnych opinii i sensacyjnych interpretacji dość dziwny wydaje się fakt, że przez kilka dni amerykańska armia nie potrafiła określić, czy to, co znalazła, jest wrakiem latającego dysku, czy płachtą materiału.

Coś przeszkadza pilotom

18 września 1976 roku nad Teheranem dostrzeżono niezidentyfikowany obiekt latający. Wprawdzie naoczni świadkowie, obserwujący niezwykłe zjawisko mogli ulec jakiemuś złudzeniu, jednak intruz został wykryty również przez radary.

Irański F-4 Phantom II
Źródło zdjęć: © Defence.pk
Irański F-4 Phantom II

Do przechwycenia intruza wysłano wówczas samoloty irańskich sił lotniczych. Pierwszym z nich był F-4, w którym po znalezieniu się 46 kilometrów od obiektu przestały działać przyrządy pokładowe, uzbrojenie i łączność. Nie zadziałał nawet – pracujący dzięki mechanice, a nie elektronice – mechanizm katapultowania, którym chciał ratować się pilot. Gdy samolot zaczął oddalać się od nieznanego obiektu, przyrządy ponownie zaczęły działać.

Kilka minut później w pobliżu intruza znalazł się kolejny z wysłanych na przechwycenie samolotów. Po zbliżeniu się na odległość 46 kilometrów załoga odnotowała, że intruz zaczął się poruszać, utrzymując stały dystans. Odłączyły się od niego cztery mniejsze, świecące obiekty, a załoga, sądząc, że jest atakowana, usiłowała wystrzelić w kierunku namierzonego celu rakietę. Spowodowało to awarię przyrządów pokładowych, uzbrojenia i łączności.

Szczegółowy raport z tego incydentu został następnie przekazany Amerykanom (Iran był wówczas sojusznikiem USA), a oficjalny komunikat DIA, przygotowany dla Białego Domu wskazywał na wysoką wiarygodność relacji, potwierdzonej nie tylko przez świadków, ale również przez radary.

Pilot jednego z F-4, Parviz Jafari, w kolejnych latach zrobił karierę w wojsku i dosłużył się stopnia generała. Przechodząc na emeryturę w 2007 roku, zwołał konferencję prasową, na której domagał się wznowienia śledztwa i wyjaśnienia incydentu.

To nie jest samolot!

Cessna 182 - w takim samolocie zaginał Frederick Valentic
Źródło zdjęć: © Wikimedia Commons, fir0002, GFDL 1.2
Cessna 182 - w takim samolocie zaginał Frederick Valentic

Podczas krótkiego, 200-kilometrowego lotu w idealnych warunkach pogodowych 20-letni Frederick Valentic zgodnie z planem zgłosił kontroli lotów w Melbourne, że osiągnął jeden z punktów nawigacyjnych. Sześć minut później ponownie połączył się z Melbourne, informując, że towarzyszy mu nieznany i, jak się okazało, niewidoczny na radarze samolot. Następnie po serii niepokojących komunikatów i dźwięków kontakt się urwał, a samolot wraz z młodym pilotem zniknął bez żadnego śladu.

Gdy ogłoszono zaginięcie pilota i samolotu, zgłosiło się kilkanaście osób. Twierdziły one, że w rejonie, gdzie Frederick Valentic dosłownie rozpłynął się w powietrzu, widziały gwałtownie poruszające się zielone światło. Relacje te stają się ciekawsze, gdy zestawimy je z zapisem rozmów, jakie tuż przed zniknięciem pilot prowadził z kontrolą lotów. Co istotne, te rozmowy nie mogły być wówczas znane ewentualnym świadkom zdarzenia.

Jak się okazało, Frederick Valentic zgłosił, że towarzyszy mu samolot o podłużnym kształcie, emitujący zielone światło. Informował następnie o dziwnych manewrach nieznanego samolotu, który krążył w pobliżu jego Cessny. Na koniec, tuż przed utratą łączności, pilot zgłosił kłopoty z silnikiem. Chwilę po tym nastąpiło kilkanaście sekund niezidentyfikowanych dźwięków i łączność się urwała.

Po kilkunastu minutach rozpoczęto akcje ratunkową, ale mimo stosunkowo niewielkiego obszaru, nad którym mógł zaginąć samolot, nie znaleziono najmniejszych śladów wraku czy katastrofy lotniczej. Choć pojawiło się wiele teorii (niekiedy bardzo fantastycznych) próbujących wyjaśnić możliwy przebieg wypadków, oficjalnie śledztwo zakończyło się bez wyjaśnienia przyczyn katastrofy. Co w niej niezwykłego? Poza opisem dziwnego towarzysza lotu, znamienne są ostatnie słowa pilota zarejestrowane przez kontrolę lotów:

To wisi nieruchomo i to nie jest samolot.

Nawet jeśli założymy, że ludzkie zmysły bywają zawodne, a niektórzy z różnych powodów wymyślają najdziwniejsze historie, to pozostaje faktem istnienie kilku nieźle udokumentowanych przypadków. Mimo wielokrotnych prób, przy obecnym stanie wiedzy nie dało się ich w jednoznaczny i racjonalny sposób wytłumaczyć.

Źródło artykułu:WP Gadżetomania
Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (12)