Microsoft i Nokia: wszystko już wynaleziono, czas na rewolucję głodnych

Microsoft i Nokia: wszystko już wynaleziono, czas na rewolucję głodnych04.09.2013 11:00
Znudzeni i głodni? To znak, że czas na technologiczną rewolucję!
Znudzeni i głodni? To znak, że czas na technologiczną rewolucję!

Gdy leniwy dziennikarz lub bloger pisze o innowacyjności i chce błysnąć erudycją, zdarza mu się kpiąco przywołać słowa Charlesa Hollanda Duella. Ten szef amerykańskiego urzędu patentowego miał na początku XX wieku wnioskować o likwidację swojego stanowiska, podając jako powód, że „wszystko już zostało wynalezione”. Problem w tym, że Charles Holland Duell wcale nie był taki głupi. A co to ma wspólnego z ostatnim przejęciem Nokii przez Microsoft?

Gdy leniwy dziennikarz lub bloger pisze o innowacyjności i chce błysnąć erudycją, zdarza mu się kpiąco przywołać słowa Charlesa Hollanda Duella. Ten szef amerykańskiego urzędu patentowego miał na początku XX wieku wnioskować o likwidację swojego stanowiska, podając jako powód, że „wszystko już zostało wynalezione”. Problem w tym, że Charles Holland Duell wcale nie był taki głupi. A co to ma wspólnego z ostatnim przejęciem Nokii przez Microsoft?

Wszystko już za nami?

Gdyby Charles Holland Duell przejmował się tym, co o nim piszą, zapewne wiele razy miałby ochotę wstać z grobu, by wymierzyć soczystego plaskacza ludziom, którym mnie chce się sprawdzać źródeł i przypisują mu nigdy niewypowiedziane słowa.

Szef amerykańskiego urzędu patentowego był bardziej rozsądny, niż myślą potomni, ale nie brakowało ludzi, którzy podzielali przypisywane mu poglądy. Przykładem może być choćby fizyk i noblista, pochodzący z polskiego Strzelna Albert Abraham Michelson.

Michelson miał bowiem stwierdzić w 1903 roku, że wszystkie najważniejsze prawa fizyki zostały już odkryte i w dziedzinie nauk ścisłych nie czeka nas już nic rewolucyjnego. Po co przywołuję w tym miejscu słowa człowieka, który – poza tym dość niefortunnym sformułowaniem – był niezwykle inteligentnym, świetnie wykształconym i cenionym naukowcem?

Do trzydziestki pchasz świat do przodu. Później tylko żyjesz

Sądzę, że cytat z Michelsona to dobry przykład tego, że wiedza, doświadczenie i niewątpliwie szerokie horyzonty to często za mało, by zrobić coś, co zmieni świat. Potrzeba czegoś jeszcze. Gdy Albert Einstein opublikował szczególną teorię względności, miał 26 lat. Thomas Edison, otwierając swoją fabrykę wynalazków w Menlo Park, miał 29 lat, a za sobą rewolucję w łączności.

Einstein nie zawsze był siwym dziadkiem
Einstein nie zawsze był siwym dziadkiem

Prawo ciążenia odkrył 23-letni Newton, a w 1497 roku 24-letni wówczas Kopernik doszedł do wniosku, że geocentryczna teoria wszechświata w żaden sposób nie pasuje do prowadzonych przez niego obserwacji Aldebarana, najjaśniejszej gwiazdy w gwiazdozbiorze Byka.

James Watson, tworząc model podwójnej helisy DNA, miał 25 lat, „Etiuda rewolucyjna” to dzieło 21-letniego Chopina. Szeroko znany z „Pięknego umysłu” John Nash jako 23-latek opisał równowagę Nasha, dając przy okazji do myślenia przywódcom wielkich mocarstw z czasów zimnej wojny. Kilkadziesiąt lat później dwóch 25-latków z Uniwersytetu Stanforda – Larry Page i Sergey Brin - rewolucjonizuje globalny obieg informacji.

Te przykłady można mnożyć, a wniosek jest prosty: choć przychodząca z czasem wiedza i doświadczenie są bezcenne, to świat popychają do przodu nie sędziwi mędrcy, ale utalentowani, młodzi szaleńcy, w swoim geniuszu porywający się na rzeczy niemożliwe. Tak jest z ludźmi. A jak ta zasada sprawdza się w świecie firm?

Droga ze szczytu wiedzie w dół

Znacie klątwę Sports Illustrated, głoszącą, że pojawienie się sportowca na okładce tego pisma oznacza dla niego kłopoty i załamanie kariery? W dużym skrócie można ją podsumować słowami: gdy jesteś na szczycie, droga wiedzie tylko w jednym kierunku – w dół. Doświadczają tego zarówno sportowcy, jak i firmy, które na pewnym etapie swojego rozwoju zdobywają pozycję, której – mogłoby się wydawać – nic nie jest w stanie im odebrać.

Przykłady można mnożyć. W gigantycznym sukcesie Microsoftu, opierającym tę firmie na jednej platformie sprzętu i jednym typie produktów, tkwił przecież zalążek jego późniejszych i trwających do dzisiaj problemów.

Droga ze szczytu zawsze wiedzie w dół
Droga ze szczytu zawsze wiedzie w dół

Podobną drogę przeszła Nokia, której dekada dominacji w świecie mobilnej łączności skończyła się nagle, pozostawiając oszołomioną firmę na zgliszczach bezkonkurencyjnego – jak wydawało się jeszcze w 2005 roku – Symbiana.

Obrona zamiast ekspansji

W zbliżonej – choć daleko lepszej od poprzedników – sytuacji znajduje się choćby Apple. To nic, że firma wciąż przynosi gigantyczne zyski. To nic, że wyprzedza konkurencję pod względem rentowności. To nic, że niektóre jej urządzenia sprzedają się rewelacyjnie. Apple już był na szczycie, już sprawował technologiczny rząd dusz. Teraz powoli oddaje tę pozycję, zmieniwszy przodownictwo w branży na rzekę zielonych banknotów.

O tym, jak zachowawcze potrafią być firmy, które odniosły sukces, dobitnie świadczą także losy Google’a, a konkretnie produktu, który ugruntował pozycję firmy w Internecie. Chodzi o przeglądarkę Chrome. Kilka lat temu pisaliśmy, że ówczesny CEO Google’a, Eric Schmidt, nie chciał nawet słyszeć o wprowadzeniu na rynek własnej przeglądarki, bojąc się rywalizacji na jednym polu z Microsoftem. Dopiero zgodne naciski Larry’ego i Serge’a zmusiły go do zmiany stanowiska.

Zaznaczam przy tym, że nie są to żadne zarzuty z mojej strony, a raczej stwierdzenie dość oczywistego faktu, że do zmieniania świata, również tego technologicznego, potrzebny jest głód. Głód sukcesu, pieniędzy, splendoru i dominacji. I zaznaczam – ponownie – że trzy powyższe przykłady można bardzo długo mnożyć, wymieniając mniejsze i większe branżowe gwiazdy, jak choćby IBM, Borland (w swojej niszy), Sony, Atari… Lista byłaby długa, a pewnie każdy z Czytelników dorzuciłby do niej jeszcze coś od siebie.

Głód sukcesu, głód pieniędzy

„Bo tylko wiarygodny jest artysta głodny” – śpiewał przed laty przekornie Kazik Staszewski, który już wtedy z pewnością do głodnych artystów nie należał. Jak to się dzieje, że technologiczne lokomotywy z czasem wyhamowują, tak jakby zdobyte patenty i gromadzone na kontach pieniądze były balastem, a nie paliwem innowacyjności?

A może właśnie tak jest? Gdy ma się już zapasy gotówki, zamiast kombinować, jak ją zdobyć, pojawia się myśl, co robić, by nie stracić. A to zniechęca do eksperymentów. Po co zmieniać coś, co tej chwili działa dobrze i jeszcze lepiej zarabia? Jasne, każda wielka firma wydaje krocie na prace badawczo-rozwojowe, tylko czy rzeczywiście można się spodziewać, że technologiczny przełom wyjdzie właśnie ze strony wielkich i bogatych, branżowych gigantów?

Marissa dała Yahoo! drugą młodość
Marissa dała Yahoo! drugą młodość

Pewne nadzieje na to dają losy choćby Yahoo! Przed laty to przecież Yahoo! do spółki z America On-Line rządził amerykańskim Internetem. Serwis założony przez Jerry’ego Yanga i Davida Filo (wówczas 27-latka i 29-latka) był przecież symbolem pierwszej fali internetyzacji – tych wielkich oczekiwań i równie wielkiego entuzjazmu, gdy wystarczyło w nazwie firmy umieścić .com, by inwestorzy tratując się nawzajem zaczeli błagać o łaskawe wzięcie ich pieniędzy.

Kto jest naprawdę głodny?

Yahoo! zdobyło na tyle mocną pozycję, że gdy na horyzoncie pojawiła się zdeterminowana konkurencja w postaci choćby Google’a, było w stanie przetrwać dekadę równi pochyłej i coraz większego oddalania się od centrum technologicznego świata.

O tym, jak bardzo firma straciła wyczucie rynku, dobitnie świadczą – poprzez kontrast – pochwały, jakie zyskuje, nabierając na nowo wiatru w żagle z Marissą Mayer na pokładzie. Tylko czy to przybliża nas choć trochę do odpowiedzi na pytanie, kto i kiedy zawładnie rynkiem leżącym na styku Internetu i konsumenckiej elektroniki?

Potencjalnych „głodnych” na nim nie brakuje. Jeff Bezos wraz ze swoim Amazonem pewnie kroczy wyznaczoną drogą. Chińskie Xiaomi (warto przyjrzeć się bliżej tej firmie – przeczytacie o niej w artykule „Tim Cook następcą Jobsa? Wolne żarty! Sukcesor, Lei Jun, żyje i działa w Chinach”) dojrzało już do momentu, w którym może pozwolić sobie na wyłuskiwanie co wartościowszych pracowników, np. Google’a, a Elon Musk w realizacji fantastycznych zamierzeń z opisywanym niedawno projektem Hyperloop na czele wydaje się nie znać żadnych ograniczeń.

Jak na tym tle prezentuje się Microsoft z przejętą częścią Nokii? W teorii powinien być głodny jak nigdy dotąd. Na rynku mobilnym w gruncie rzeczy nie ma wiele do stracenia (i niewiele zmienia tu polski wyjątek), a dalsza bierność może przynieść jedynie spadek zainteresowania. Tylko czy menedżerowie Nokii, których liczna grupa zasiliła Microsoft, rzeczywiście stanowią zastrzyk świeżej krwi na miarę choćby Marissy Mayer w Yahoo? O tym przekonamy się już niebawem.

Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (0)