End of story. Nic więcej ci nie jest potrzebne
Koło, czyli elektryczny monocykl, to jest taki mój zen. Jest jak bioniczny zamiennik, nowa część ciała. Jazda na nim to jest najbardziej nieprawdopodobnie fajny sposób przemieszczania się ze wszystkich, jakich w życiu doświadczyłem. A tylko na spadochronie nie skakałem. To jest jak narty połączone z motocyklem i balansowaniem ciałem na łyżwach. Absolutnie genialne. Zaczynałem od hulajnóg i zrobiłem na nich w rok czy dwa prawie cztery tysiące kilometrów. Kupowałem kolejne modele i było super, ale dopiero monocykl był prawdziwym odkryciem. Życie mi zmienił. Nigdy nie wychodziłem tyle i nie zrobiłem tylu kilometrów poza domem, co w zeszłym roku na kole. Nawet w najgorszą pogodę.